NEAPOL i ja, czyli ostatnia opowieść neapolitańska z cyklu wycieczkowego

Opowieść tę dedykuje mojej wirtualnej przyjaciółce Iwonie Piotrowskiej, bo zrozumiałam jej tęsknotę i miłość do Neapolu.

Do Neapolu przyjechaliśmy zmęczeni wspinaczką na Wezuwiusza. Po zakwaterowaniu w hotelu i przed kolacją V. który jak wiadomo na szczyt nie dotarł i miał dłuższy odpoczynek niż ja wyciągnął mnie na spacer w pobliżu hotelu.  Pierwsze, co odkryliśmy to to, że  hotel znajdował się w chińskiej dzielnicy handlowej Neapolu. Sklepy, magazyny i inne atrakcje z masażem włącznie a wszystko okraszone robaczkami literek chińskich… powiedzmy umownie. Wśród tej chińszczyzny kościół, który zasłużył na wzmiankę, bo zamiast klasycznej rozety miał w tym miejscu zegar. Ten kościół a właściwie zegar sfotografowałam sobie następnego dnia rankiem po śniadaniu a przed wyjazdem na zwiedzanie Neapolu.

Będziecie mieć cały mój fotograficzny przegląd Neapolu i będzie tych albumów spora ilość. Przypominam, że najlepiej otwierają się, kiedy klika się na czas zamieszczenia albumu.

Wcześniej jednak była kolacja a ja zmieniłam słynne powiedzenie o Neapolu. U mnie brzmi ono teraz:

„ Zobaczyć Neapol i… przytyć”.

Takiego pysznego chleba jeszcze w Italii nie jadłam. Zresztą cała kolacja była przesmaczna. A ja nie jestem osobą, która aż tak zwraca uwagę na dobra na stole. To wyobraźcie sobie, jakie na mnie to jedzenie wywarło wrażenie.

Pierwsze podejście do zwiedzania naturalnie autobusowe.

Oczywiście, że miasta z autobusu nie poznamy, ale jakieś wyobrażenie taka objazdowa część daje. Nie bylibyśmy w stanie dotrzeć do wielu ważnych turystycznie miejsc.  Nasz przewodnik opowiadał cudownym akcentem neapolitańskim, w którym się zakochałam.  Ja sobie robiłam fotki z autobusu. Sporo widzieliśmy z niezwykłą panoramą na Capri i nie tylko i nawet mogliśmy wysiąść i pozachwycać się z punktów wysoko położonych.

Już wtedy zrozumiałam, co takiego jest w Neapolu. Dla mnie jest piękniejszy od Rzymu. Rzym jak dla mnie, bo to są wrażenia subiektywne jest za monumentalny i posągowy. A Neapol.. Neapol kusi, przyciąga, bawi i wywołuje uśmiech.

Po panoramie wróciliśmy do centrum i na pierwszy ogień była krótka przerwa na kawę. I dzięki temu zobaczyłam słynną kawiarnię neapolitańską, w której wydaje się 1000 kaw dziennie i można jedną zapłaconą kawę zostawić komuś kto nie ma kasy. Ten zwyczaj narodził się w Neapolu.

Ja z V. miłośnicy kościołów zdążyliśmy jeszcze zobaczyć na piazza Plebiscito  katedrę San Francesco di Paola.

A potem wszyscy grzecznie „ proszę wycieczki” poszliśmy do Galerii Neapolitańskiej. I znów mi szczęka z zachwytu opadła. W samym jej centrum mozaikowe znaki zodiaku. Ale z historią. Należy na dużej kropie pod znakiem swoim naturalnie stanąć, podskoczyć i obrócić się wokoło wypowiadając w myślach życzenie. Nawet nakręciłam migawkę z podskoku V.

Do Galerii wróciliśmy jeszcze raz sami. I wtedy bez tłumu wycieczek widziałam orkiestry uliczne a nawet taką procesję z chorągwiami, która w centrum Galerii żaglowała nimi czekając na datki. Na schodach siedzieli bezdomni z psami, ale jacyś tacy zadowoleni ze swojego życia.

Potem był w planie pałac królewski i jego wnętrza. Tu już wiadomo przepych Bourbonów na każdym kroku.

Jednak najpiękniejszy Neapol widziałam na naszym własnym spacerze. Uliczkami biegnącymi stromo w górę pełnych obrazków jak z filmów.

Mnóstwo skuterów i suszącej się bielizny, chociaż już z lekka nowocześnie, bo na suszarce ustawionej pod ścianą kamienicy. Te zdjęcia koniecznie sobie pooglądajcie, bo to jest TEN  Neapol, w którym można się zakochać.

Widziałam jak wnukowi w wąskiej uliczce zwanej „ vico” dziadek z balkoniku spuszczał w wiadrze na sznurku jakąś potrzebną rzecz. Niezapomniany widok.

Naturalnie widziałam też zamek i jego wnętrze, czyli to, co turysta powinien widzieć.

Słynnego ciastka  „ baba”, które ma polskie korzenie, bo wymyślił je król Leszczyński na wygnaniu w Neapolu nie jadłam, bo byłam bez apetytu. Zbyt zmęczona na słodycze

A po kolacji pojechaliśmy zobaczyć Neapol nocą. I wtedy widać jak gwarne i tłumne jest miasto. Sznur samochodów późną   godziną. Pełne kawiarnie i promenady i oświetlony migającymi światłami port.

Tak można się w Neapolu zakochać.

I napisać za Goethem:

„ Zobaczyć Neapol i umrzeć”.  Albo jak lepiej brzmi.

”Wcześniej zobaczyć Neapol a potem umrzeć”.

A ja już kombinuję, jak namówić V, na kilkudniowy samodzielny wypad do Neapolu.

Bo zdecydowanie czuję niedosyt.

I tak zakończyły się „ Opowieści Neapolitańskie”. Przynajmniej te pierwsze.

6 myśli na temat “NEAPOL i ja, czyli ostatnia opowieść neapolitańska z cyklu wycieczkowego

  1. Luciu, prześliczna podróż. Ech, bardzo mnie pociąga Neapol. A tam mnie jeszcze nie było. Twoja relacja piękna! Oglądając Twoje zdjęcia wcale się nie dziwię, że masz ochotę jeszcze tam wrócić.

    Polubienie

Odpowiedz na AniaM. Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s