Ostatni dzień sierpnia

Dzień zaczął się zwyczajnie. Odebraniem papierosów V. zakupami na targu a potem o dziesiątej V. znów miał samochodowy cug. Zaproponował:

-Jedziemy do Villa Lempa ( to w Abruzzo, gdzie pracowalam, niedaleko Ascoli).

-Możemy. Ale potem powiedziałam:

– Poco do Villa Lepma. Jedzmy do Civitella.

Uwielbiam Civtella. To jedno z miejsc znanych w całej Italii. A ja lubię samą Civitella – miasteczko, chociaż sławę jej przyniosła forteca. IMG_2520

I pojechaliśmy. I zrobiłam znów mnóstwo zdjęć. Bo Civitella nigdy dosyć.

Może jeszcze dziś o niej opowiem.

Dlatego teraz będzie:

” LETNI DODATEK KULINARNY CZYLI MOJE PRZEPISY”

Dwa dni wśród „cannelloni”
Piątek, 24 sierpnia 2012 r.

Jutro mam wolne ale zwiększone. Wracam o ósmej rano w niedzielę. Dlatego dziś opowiem o tych dwóch dniach, bo pamięć może mnie zawieść i nie opowiem, jak produkuje się we włoskim do krwi i kości domu ważną potrawę – „cannelloni”.
To były dwa pracowite dni. Giulia, jak mi opowiadała dwa razy do roku robi taką kuchenną orkę i później wszystko zamraża.
Jak wiadomo miłośniczkom kuchni włoskiej i nie tylko, „cannelloni” to rodzaj powiedzmy naleśników z nadzieniem mięsnym. Ja zresztą robiłam je z tradycyjnych naszych naleśników i też były dobre. Ale te właściwe robi się z ciasta, jak na makaron.
Dzień pierwszy.
Na piecu zaczęło się gotować mięso na nadzienie „cannelloni”. Skromna ilość ośmiu kilogramów. Cały królik i cielęcina. Taki gar rosołu, który zamienił się w „sugo” po dodaniu przecieru pomidorowego. Mięso się gotowało do miękkości i po kilku godzinach obrane z kości zostało zmielone w maszynce do mięsa.
W międzyczasie Giulia przygotowała ciasto na „cannelloni”. Cóż bagatelka:
– 43 jajka i
– 4 kg mąki.
I zarobiła ogromną kulę ciasta, które czekało do dnia następnego.
Z 2 litrów mleka powstał również gęsty sos beszamelowy.
Dzień drugi
Teraz rozpoczęła się fabryka domowych „cannelloni”. Mięso przyprawiono i razem z serem parmezanem i pecorino zamieniło się w masę do nadziewania „cannelloni”.
Giuliana w maszynce do robienia makaronu wałkowała i przygotowywała długie pasma ciasta, które podsychały na suszarce do bielizny a później ja cięłam je na mniej więcej 15 cm kawałki, układając wałeczek masy mięsnej i zwijając w ruloniki. Te ruloniki układałyśmy w formach polewając beszamelem. Kilka warstw aż do wysokości formy. Na wierzch szło „sugo” pomidorowe i sporo sera.
Zeszło przy tym całe przedpołudnie. Dokładnie nie policzyłam ale wyszło około 700 „cannelloni”.
Tego dnia były na kolację. Reszta poszła do zamrażarki. Jedna forma już została zjedzona podczas uroczystego obiadu w niedzielę S’Emidio patrona Ascoli. Pozostałe czekają: na urodziny pana domu, wizytę krewnych z Rzymu i niespodziewanych gości na obiedzie.
Bo „cannelloni” to potrawa świąteczna.”

Bo chciałabym jeszcze w lecie zmieścić się z moimi książkowymi przepisami.

A teraz idę wrócić do koloru włosów mych blond.

I jeżeli zdjęcia przygotuję, to spotkamy się wieczorem.

 

10 myśli na temat “Ostatni dzień sierpnia

  1. Ha, ha, bagatela – 43 jaja i 4 kg mąki……. , jak to ogarnąć, żeby zamiesić kulę ciast !!
    Nie powiem zjadłoby się , na pewno pyszne . Przeszłaś Ty szkołę u tej Giuliany .

    Polubienie

  2. Jak to zagnieść? Tyle jaj i tyle mąki !!! Nie na moje siły. Ty to sama robiłaś, jak nie przymierzając niewolnica Isaura?! Medal Ci się należy bezapelacyjnie!!! Może być z piernika 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s