Układanek ciąg dalszy

Żeby nie było tak nudno stale o kurzu i porządkach, jednak coś się zmniejsza w ekosystemie, to najpierw pokażę jeszcze dwie pamiątki po mojej mamie. A wcześniej należały do mojej babci czyli mają te sto lat z okładem. Drewniana kasetka jak nazywano szkatułkę rzeźbioną w maki. Moja miłość do maków jest rodzinna też.

I drewniana też rzeźbiona bardzo patriotyczna oprawa albumu, który jest w postaci zdjąć i luźnych kartek i czeka na rekonstrukcję

Z V. rozmawiam regularnie dwa razy dziennie i wczoraj wysłałam mu zdjęcie mojej polskiej kolacji. Jak widać chleb z masłem i rzodkiewką i frankfuterki

Oczywiście nie omieszkał zapytać gdzie jest „gruba sól”. Rzeczywiście zapomniałam dosypać do podręcznego pojemnika, ale nie miałam ochoty mu tłumaczyć, gdzie jest zapas , bo i tak by nie znalazł więc powiedziałam, że musi kupić, bo się skończyła. 😀

Dziś z Agnieszką zrobiłyśmy kolejne zakupy w Castoramie zwracając kupiony żyrandol. Kupiłyśmy dużą donicę, żeby przesadzić fikusa, który ma stanowczo za ciasno i jeszcze jeden bluszcz czeka na przesadzenie. Ale to jutro lub w przyszłym tygodniu. Kupiłyśmy worki próżniowe do porządków w szafie- schowku w przedpokoju i klej do drewna, bo trzeba przykleić listwy podłogowe. Plus ziemię i kamyczki jako drenaż. Potem zrobiłyśmy zakupy jedzeniowe, bo jeść jednak trzeba i do pierwszej zleciało. Ale rano coś tam zrobiłam. Znowu miałam pełną pralkę a już myślałam, że skończyłam na kilka dni z praniem. Jak wiecie nad moją kołyską trzy wróżki wypowiedziały zaklęcie. Dwie podarowały mi trochę urody i mądrości, a trzeciej się nie spodobałam i powiedziała:

-A ty będziesz ciągle prała.

I to się spełniło. Kiedy jeszcze nie było na świecie pralek automatycznych, a dzieci miały pieluchy z tetry a nie pampersy, kiedy ktoś nas odwiedzał bez zapowiadania się telefonem, chociaż telefon akurat mieliśmy, ale nie było takiego zwyczaju padało pytanie do mojego po raz pierwszy męża:

-A gdzie Lucia?

-Jak to gdzie. – Odpowiadał mój po raz pierwszy mąż.

-W łazience. Pierze.

A teraz na marginesie mody a właściwie jej braku na ulicy fragment z mojego ” Życiorysu PRL em malowanego”, gdzie na własnym przykładzie udowadniam, że nosiłyśmy ciuchy oryginalne i modne.

Lucia i jej ciuchy, których nie miał nikt .                                                                            

Najpierw były lalki. Miałam ich sporo i każda posiadała swoją garderobę. Z wiekiem aż wstyd się przyznać lalek przybywało i ich ciuchów też. W końcu dostąpiłam zaszczytu i babcia udostępniła mi swoja wspaniałą maszynę do szycia ” singerówkę „. Opanowałam szycie na niej gdzieś w wieku 7 lat i szyłam lalkom różne fikuśne rzeczy. Kiedy byłam podlotkiem latałam po sklepach z materiałami i kupowałam różne kawałki ( tzw. „resztki”) i z nich tworzyłam wg mnie arcydzieła krawieckie. Później już jako mężatka też lubiłam szokować i mieć ciuchy niepowtarzalne a materiały w odróżnieniu od ciuchów w sklepach były. Jak wszystkie kobiety w mojej rodzinie haftowałam i z szydełkiem byłam zaprzyjaźniona, często więc wykończenia moich szmatek były właśnie haftowane i szydełkowe. Tak w myślach przebiegłam te swoje dzieła i kilka wydaje mi się ciekawymi i o nich opowiem.

Najbardziej byłam dumna ze swetra, który powstał po wielkich porządkach w szafie. Na stercie szmat leżała ukochana zielona dzianinowa spódnica, z którą nie mogłam się rozstać i kilka rozciągniętych sweterków, w różnych ostrych kolorach, o różnej fakturze. Patrzyłam smętnym wzrokiem na tę kupkę ulubionych rzeczy, ktore już nie nadawały się do noszenia. Powstała nagle wizja wielkiego swetra, bo takie były w modzie (nosiły one nazwę ” ze starszego brata, “) ale to nie miał być zwykły sweter. Wzięłam gazetę, „Trybuna Robotnicza” nadawała się do tego idealnie i wyrysowałam formę, taką z kimonowymi rękawami, długi i obszerny. Musiałam zrobić dwie takie formy, potem na jednej wyrysowałam nieregularne części, cały wykrój był tak porysowany i zaczęła się zabawa. Wycinałam część z papieru, później ze starego swetra lub spódnicy i nanosiłam na cały wykrój, wszystko to na podłodze w tzw. ” dużym pokoju „, później fastrygowałam cześć do części aż cały sweter był z tych kolorowych łat gotowy. Nie muszę mówić, że trwało to ze dwa dni i domownicy musieli omijać moje dzieło na środku pokoju. Później w ruch poszła maszyna, ale to nie koniec, łaty zszywane były na prawej stronie i później każdy szew obrabiałam szydełkiem, kordonkiem, żeby się nie rozciągał. Efekt był fantastyczny, to było coś innego, kiedy jeszcze wykończyłam spory dekolt, sama byłam zachwycona. Ten sweter nosiłam kilka lat a uznanie zyskał na wyścigach końskich w Warszawie, gdzie byłam z ojcem, chyba dwie panie mnie zaczepiły pytając, gdzie można coś podobnego kupić. Byłam też w nim na ślubie córki mojej przyjaciółki, sprawdzał się w każdej okoliczności.

Drugą ciekawą rzeczą, którą pamiętam to podkoszulek. Zwykły biały z krótkimi rękawkami, grzeczny i normalny. Wyrysowałam na przodzie serce i brzegi serca wyhaftowałam, tak jak przy wycinanych wzorach. Wycięłam serce i co się okazało, że nie wzięłam poprawki na dzianinę podkoszulka i serce rozjechało się, całe cycki, że tak powiem na wierzchu. Mina mi zrzedła,  narobiłam się i efekt paskudny. No to zdjęłam, podłożyłam karton, przyfastrygowałam i zaczęłam szydełkiem tkać misterną ażurową siateczkę, która serce trzymała na wodzy i przyzwoitości. To było to, niby dekolt spory, coś tam wyglądało, ale reszty się trzeba było domyśleć, taki trochę prowokacyjny ciuszek. Nosiłam go z długą falbaniastą spódnicą i lubiłam bardzo. A najbardziej prowokacyjną sukienkę uszyłam sobie z zielonej kory, miała kloszową spódnicę, ale dopiero od bioder, bo to też był mój konik, tuszowanie szerokich bioder, dlatego to góry w moich ciuchach były ciekawe i zwracające uwagę. Spódnica normalna, ale góra? Sukienka bez rękawów, na patki złapane ramiona, pod samą szyję, ale proste rozcięcie sięgało do pasa z przodu, chwycone tylko w środku, żeby się nie rozjeżdżało na boki. Był to etap, kiedy moda była na nienoszenie biustonoszy. Też tak chodziłam, biustu nie musiałam się wstydzić, zresztą wszystkie tak latałyśmy. Niby nic nie było widać, ale w ruchu sukienka to i owo odsłaniała… fajna była. Tak mogłabym bez końca, ale najdziwniejszym moim dziełem był kapelusz. Kupiłam duży słomkowy i czerwony jak dla mnie był za zwyczajny no to kupiłam straszną ilość wstążki w ciut jaśniejszym odcieniu, takiej szerokiej do warkoczy i pracowicie kapelusz podszyłam falbankami, jak spódnicę do kankana. Wstążka opasywała też rondko kapelusza i spadała z tyłu. W kapeluszach szczególnie stylowych wyglądam świetnie i było mi w nim zwyczajnie ładnie no i nikt takiego nie miał, to było jeszcze w Krakowie a tam można było zobaczyć różnie ciekawie ubrane dziewczyny. Nikt mnie palcami nie wytykał nawet moja babcia po skończeniu mojego dzieła uśmiechała się z pobłażliwością. Sama uwielbiała kapelusze. Gorzej patrzyła, kiedy zaczęłam skracać spódnice.:

Taki był początek Luci Modnej. 😀

I to dzisiaj wszystko. Tylko Filipinki zaśpiewają:

Do jutra.

12 myśli na temat “Układanek ciąg dalszy

  1. Jaka szkoda, że nie mogę teraz zobaczyć Twoich ciuchów, bo z opisu są rewelacyjne. Gratuluję wyobraźni i talentu do szycia. Na pewno miałaś powodzenie i łamałaś serca chłopców i panów 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Wspaniałe miałaś pomysły, no i do tego nieprzeciętne umiejętności, dlatego wyprzedzałaś modowe trendy. Twoje opisy są tak sugestywne, że bez problemu wyobrażam sobie jak nietuzinkowo i niebanalnie wyglądałaś. Gratuluję takiej kreatywności i dobrego gustu.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Piękne te rodzinne artefakty i z jaką historią ! Uwielbiam takie przedmioty. Te opisy ciuszków kojarzę z książki. Takie to były czasy , ja też szyłam i robiłam na drutach i szydełku . Dwa razy to nawet popełniłam kostiumy ; z żakietem na podszewce i wpuszczanymi kieszeniami. Miłej niedzieli.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Jestem pod wrażeniem. Jako dziecko szyłam ręcznie ciuchy dla barbie i bardzo to lubiłam, ale nie były to żadne dzieła. Sama miałam jakieś ciuchy uszyte przez mamę. Obecnie cieszę się, że mam niedaleko krawcową, która zwęzi albo naprawi, co trzeba, sama tylko drobiazgi. A na modzie się nie znam i nie interesuję, lubię się ubierać zachowawczo. 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja od dziecka lubiłam ładne i modne ciuchy. Zresztą mam to do dziś. Nie uważam, że mój bądź, co bądź wiek ma mnie tego pozbawić. W moim wieku jest natomiast cienka granica między elegancją, a przegięciem w modnych detalach. To grozi śmiesznością. Stąd tak ważne jest znalezienie własnego stylu i tylko w miarę lat lekko go korygować. Wtapiania się w tłum nie polecam. To zabiera sporo miłych chwil. Serdeczności

      Polubienie

  5. O tak, dużo pomysłów trzeba było mieć i jeszcze umieć je wykorzystać w realu. Do maszyny serca nie miałam (a ona do mnie), za to w rękach uszyłam dwie sukienki, bo mi po prostu były potrzebne. Potem spodenki dla chłopców ze swoich starych dżinsów też w rękach 🙂 Luciu, kasetka cudna i oprawa albumu to też dzieło sztuki i zabytek 🙂 Całuski!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mistrzynie igły szyły w rękach właśnie. Ja aż taka cierpliwa nie byłam a zawsze lubiłam sobie ułatwiać życie. Kiedyś były piękne rzeczy. Misternie robione a nie chińskie badziewie w odróżnieniu chińskich artystycznych drobiazgów jak porcelana czy wazony z laki i masy perłowej. Jest jeszcze kilka ciekawostek. Przy okazji pokażę. Buziaki

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s