Mokro wokół

Wilgoć sięga zenitu. Ale z tego co wiem i w Polsce mokro. parasol konieczny. Dziś pochodziliśmy ponad godzinę bez przystanku. V. wypił swoją codzienną druga kawę w ulubionym automacie. Rzeczywiście kawa tam jest doskonała z grubą pianką. Taka na trzy łyki. Ja w tym automacie piję popołudniu czekoladę. Popołudniu V. ma wizytę u adwokata. O szesnastej. Oczywiście w spawie spadku. Tym razem jak pisałam sprawę założył średni z braci uważając się za najbardziej pokrzywdzonego. Stąd też V. nie chce jechać do Polski.

Wróciliśmy do domu wcześniej więc wreszcie wyciągnęłam zabawkę do szycia czyli tę mini maszynę i skróciłam przygotowane dużo dużo wcześniej dżinsy V. A naklęłam się ile wlezie. Bo nitka mi się urywała na grubym dżinsie, bo to nie maszyna do szycia a zabawka. Ale w rękach mi się nie chciało. I to nawlekanie potem igły. Potwornie niewygodne. Ale zrobiłam i zapał do szycia mi przeszedł. Jeszcze dziurę w rękawiczce muszę naprawić. Tu już szydełko i igła, to może się po obiedzie zmobilizuję.

Zabrałam się za tę nową książkę nowego autora, którego nie znałam. Mariusz Czubaj ” Półmistrz”. Szczerze mówiąc jeszcze nie mam zdania, poza tym, że jakoś mnie nie bierze. Może się rozkręci. Nie wiem czy kupię inne jego książki. Ano zobaczymy.

Na obiad ryż czyli risotto z zielonym groszkiem. W moim wykonaniu więc jest szansa, że V. będzie krytykował.

Dziś stwierdził, ze wychodzi, bo mu w domu duszno. Jak szyłam, to wyszedł jeszcze raz, ale zaraz wrócił, bo beze mnie to on nie spaceruje. Stwierdził, że pada. A ze mną, to nie pada?

Trudno, świetnie.

Moje ” Jezioro z łabędziem” zebrało taką ilość pochwał, że puchłam z dumy, że mam taką śliczną rzecz.

Jeszcze sobie ściągnę nowy odcinek „Na dobre i na złe ” i idę pichcić ten ryż.

Dziw nad dziwy zjadł bez grymasów. A wczoraj przygotował pizzę. Tu fotka przed włożeniem do piekarnika. Już kiedyś pisałam, że kupujemy mrożoną „margherita” i potem uzupełniamy w domu. Wczoraj parówki i grzyby i mozzarella.

Za to ma problem z anteną telewizyjną w sypialni. Przez to wkładanie i wyciąganie jej przy przenoszeniu telewizora z kuchni do sypialni dwa razy dziennie czyli cztery razy rozchwiał wtyczkę antenową. I w sypialni nie działa. Nie może sobie z nią poradzić i zmontować na nowo.

Kolejne trudno świetnie.

To teraz Rozmaitości blogowe:

Kącik LM

Poradnik PPD

Kuchennie

I muzycznie dziś operetka ” Wiktoria i jej huzar” z kapitalnymi ariami, które tu przypomnę”

Do jutra.

Jezioro łabędzie

Wczoraj prawie wieczorem dzwonek do bramy przyniósł mi rękami kuriera przepiękną niespodziankę. Od Magdy ( nie Madzi :D) autorki artystycznego bloga ” Pomiędzy patrzę, a widzę”. Jakie tam piękne rzeczy są pokazane. A wszystko zrobione samodzielnie przez autorkę.

Jeden prezent z okazji Wielkanocy zdobi u mnie dom od kilku lat. Ale ten prezent jest specjalny. Bo to jest do kolekcji łabędziowej ” jezioro z łabędzicą”. Nikt takiego ” łabądka” nie ma. Egzemplarz unikatowy i artystycznie niesamowity.

W szklanej kopułce zamknięty zaklęty wodny świat. Wiem, że wszystko wyczarowała Magda. nawet pałki tataraku.

Łabędzica dołączyła do nowej kolekcji łabędzi.

Bardzo, bardzo serdecznie dziękuję i chwalę się moim prezentem.

A teraz aktualności. Wciąż zimno i w Ascoli deszczowo. Udało nam się zrobić ponad godzinny spacer z posiedzeniem na poczcie. U nas deszcz na Monte Ascensione śnieg. W domu wczoraj wieczorem mimo włączonych kaloryferów było zimno, albo ja już znowu jestem niedogrzana i nie potrafię się rozgrzać. Poszłam do łóżka o dziewiątej. Ale i V. chyba też to zimno odczuwał, bo położył się jak na niego o nieprzyzwoitej porze czyli dziesiątej wieczór. Te wczorajsze bakłażany paskudne. Zwyczajnie stare i łykowate. Ale V. zjadł, bo przecież to jego zakup. Dziś reszta poszła do sugo. I tak im nic nie pomoże. Pewnie udekoruję nimi talerz, bo jeść nie będę. Może dotrze do niego, że to żadna oszczędność.

Kończę ostatni tom cyklu Sylwii Kubik i jedno, co mi się nasunęło, to to że autorka dobrze porusza się w klimatach wiejskich. Z pośród ostatnio czytanych książek, to pierwsza, która porusza również sferę religijną. Autorka z pewnością jest osobą głęboko wierzącą i nie jest to absolutnie zarzut. Na wsiach ta sfera życia toczy się inaczej niż w mieście i bardzo ładnie jest to pokazane. W ogóle sympatycznie się czyta. Ale po tej serii wrócę sobie w klimaty sensacyjno- kryminalne. Dla równowagi. 😀

Wczoraj zgubiłam kolejną rękawiczkę. Trzeba będzie odnowić zapas. bo bez rękawiczek w ostatnich dniach, nie mówiąc o czapce nie da się egzystować.

A teraz czas Rozmaitości”

A tak wygląda zima w Italii w urokliwym Alberobello.

Kuchennie przepis na włoską crostata

A w muzycznym kąciku wypada zamieścić ” Jezioro Łabędzie”

Do jutra.

Ogarnianie realu

Wiadomo samym światem wirtualnym nie da się żyć. Mimo skomputeryzowania papierologia ma się dobrze i cholera mnie tłucze jak mając wszystko w komputerze trzeba złożyć dodatkowo wszystko w papierku.

Brak zaufania do Internetu? A przecież istniej jeszcze tzw ” chmura” w której podobno nic nie ginie. Ja niestety w tej materii jestem jeszcze niedoinformowana i wszystko przede mną.

Aktualnie siedzimy w biurze od gazu ze zdjęciem naszego licznika. Ostatni rachunek był w grudniu na kwotę 76 euro, a teraz w lutym powinien być kolejny i V. już szaleje wyobrażając sobie kwotę. Dlatego sami odczytujemy licznik i zdjęcie pokazujemy w biurze jako aktualny odczyt.

Ludziów jak mrówków. Jak nigdy. Potem muszę znowu pokserowac kilka dokumentów i musimy zajść do sądu po jakiś wyciąg w sprawie spadkowej braci C.

A potem może wrócimy do domu.

Siedzimy w sądzie. Zabrano mi po raz pierwszy z torebki na przechowanie nożyczki do manicure. Straszliwą broń. Poprzednim razem weszłam z tą bronią do sądu bez problemu. Teraz muszę pamiętać żeby je odebrać, bo to pamiątka. Moja mama nosiła je też wiele lat w torebce. A teraz ja.

Trzeba swoje odsiedzieć, bo dokumenty odnaleziono, ale chyba nieskserowano, licząc, że tylko do wglądu .

V. po przejściach sobotnio- niedzielnych w fatalnej kondycji i psychicznej i fizycznej. Nerwowy, boli go z powrotem noga. A było już lepiej i chodził nieźle. Dziś zastanawiałam się czy go nie nakręcić dla ZA idąc za nim z tyłu. Poza tym rozkojarzony do imentu. Nic nie pamięta. Na moment został sam idąc po znaczki skarbowe i zapomniał o portmonetce z drobnymi. Szukał, po kieszeniach i nic. Znalazła się w koszyku przy bramce wejściowej do sądu. Zmęczona jestem, a gdzie tam jeszcze koniec dnia. Może jak teraz odpocznie, to trochę spokoju będzie. A trzeba wyjść z domu. Zimno. Zaledwie 6 stopni, z zimnym wiatrem. Monte Ascensione w sniegu, ale na San Marco go nie ma. Poniżej jest. taka ciekawostka pogodowa. Znana ascolańczykom anomalia.

Czeka mnie smażenie na grillowej patelni bakłażanów. Też mnie zdenerwował osobisty, bo maniak okazji kupił przecenione bakłażany. W życiu bym ich nie kupiła. Trzeba zaraz przygotować, bo inaczej będą do wyrzucenia, a tego V. by nie przeżył.

No to tyle z codzienności.

A w Rozmaitościach:

Kącik LM

Kuchennie słynna ” puttanesca” 😀

Muzycznie i operetkowo. Niektóre arie sie powtarzają, bo warto je usłyszeć w różnych wykonanych.

Do jutra.

Zaczynamy liczyć od nowa

Szkoda tych dziesięciu miesięcy, ale skoro mleko już się wylało nie ma co płakać tylko posprzątać.

W kalendarzu zaznaczyłam dzisiejszy dzień i zobaczę jak długo V. wytrwa. W tym momencie dochodzi do siebie. Nie ma chyba zamiaru wyjść, bo porusza się między kuchnią, a sypialnią.

Ja jestem w formie dobrej. Psychicznie dałam radę, a fizycznie taki dzień byl mi potrzebny. Wczoraj spędziłam prawie cały dzień w łóżku czytając. Wciągnęła mnie saga Sylwii Kubik

dziejąca się na terenach wiejskich z historią niemiecką i rosyjskimi wyzwolicielami. Tło historyczne ma znaczenie, ale nie dominuje nad losami mieszkańców. Oczywiście jak w tego typu sagach dobro jest i chociaż jestem w połowie drugiego tomu, mam wrażenie, że wszystko się poukłada i będzie mieć happy and. Zdecydowanie takie książki dają mi reset. Nie mam zamiaru katować się uznanymi arcydziełami.

A rozbawił mnie taki oto mem. Dokładnie tak mówimy z moją koleżanką na temat nowości 😀

Odtruwam osobistego, bo świnią nie jestem. Rozmawiamy normalnie, bo to nie czas na rozmowy poważne. Ale od tego nie ucieknie. Swoje usłyszy przy sprzyjającej okazji. Dostał rosół z kurczaka i makaronem udającym ryż. Wyniosłam puste butelki, żeby go nie ciągnęło i to wszystko co mogę zrobić. Reszta wymaga jego postanowień.

Dziękuję, za obietnicę trzymania kciuków. Bardzo w nie wierzę.

Może dziś oglądnę ” Hrabinę Maricę” z polskim lektorem. Film znalazłam na you tube.

I wiecej dzisiaj nie mam o czym pisać. Rano straszliwie lalo. Na San Marco śnieg. Teraz mokro. Aby do wiosny.

Jeszcze tylko udostępnię link do licytacji prześlicznych pudełek. Cala kwota na WOŚP.

W dzisiejszych Rozmaitościach:

Kącik LM

Poradnik PPD

Kuchennie :

Wciąż ” Księżniczka czardasza” i jeszcze raz aria Boniego, bo nie znalam tego tenora a ma operetkowy wdzięk.

Do jutra.

Jak szczerość, to szczerość

Nie będę udawać dziś, że mimo niepogody jest w domu normalnie. Bo nie jest. Jak to się mówi, że ” natura ciągnie wilka do lasu”.

I tak właśnie się stało. Jak wiadomo V. ponad 10 miesięcy nie pił wina. Zeszczupłal, wyniki miał doskonałe, ale za to neurologicznie poszedł w dół i sam o tym mówi. Pierwszą lampkę szampana wypił w Nowy Rok, potem podczas częstowania przez świętego Antoniego. Czyli uwierzył, że ma na wszystkim kontrolę.

W piątek dodał trochę białego wina do risotto i do obiadu otworzył butelkę białego. Wypiliśmy razem, czyli żadna ilość.

A wczoraj jak to się mówi ” poszedł w tango” jak za dawnych lat.

Mam wrażenie, że kolejny raz sobie wmówił, że ma raka i jak zaliczył sam pierwszą butelkę czerwonego, to poooszło.

Nie wiem ile wypił. Chyba cztery, a piąta którą przyniósł do mieszkania w nocy schowałam. Sama zamknęłam się w pokoju księdza, ale o spaniu nie było mowy. On też przysypiał, wstawał. I bluzgał przez ileś godzin. Noc, więc podejrzewam, że nie tylko sąsiedzi nad nami, ale i z naprzeciwka mieli co słuchać. Chyba, że okna zdały egzamin i wytłumiły. Nie mój wstyd. Zamknęłam na klucz pomieszczenie z winem i udam, że nic o tym nie wiem. Niech myśli, że to on, bo ostatnio zabrał klucz z pomieszczenia gospodarczego, nie wiadomo po co. Ja zawsze mam wszędzie klucze podwójne nauczona z poprzednich lat, że ma manię zabierania i nie wie gdzie schował. Klucz z pokoju księdza do dziś się nie znalazł. Dorobiłam nowe demontując osobiście zamek w drzwiach i zanosząc do ślusarza, bo nie mogłam dobrać.

Wstałam późno, zrobiłam sobie kawę. I pominęłam go jak paskudny przedmiot. Zobaczymy, co teraz zrobi. Czy wróci do abstynencji na co stawiam, bo się boi o zdrowie czy wejdziemy w trzydniówkę na przykład.

I teraz myślę, że to chodzenie, to po to, żeby w domu w którym wina jak w monopolowym nie siedzieć. Im mniej tym mniej pokus.

Za to skończyłam drugi tom Anielina i bardzo ciekawą książkę ” Oświęcim Praga” zbeletryzowaną historię produkcji czesko-polskiego samochodu produkowanego od 1929 roku w Oświęcimiu.

Wśród trójki autorów również Iwona Mejza. ( Mirosław GanobisTomasz Klimczak i inni ) Miłośnikom motoryzacji szczerze polecam. Tło międzywojenne i ciekawa historia.

A teraz jeszcze nie wiem, co będę czytać.

A wygląda, że w domu będzie powtórka z rozrywki, bo V. rozpoczął monolog sam do siebie. Czyli, to jeszcze nie koniec. Zaliczył pewnie pierwszą butelkę. Czyli źle obstawiłam.

A dziś będzie w Rozmaitościach weekendowo.

” Tygiel z Internetem”.

https://luciadruga.blogspot.com/2023/01/tygiel-z-internetem-623.html

Kącik LM

Poradnik PPD

Kuchenne dziś pizza

I oczywiście ” Księżniczka Czardasza”.

Do jutra.

Reset wojownika

Leje dziś. I zgodnie z zapowiedziami tubylców w tym i osobistego na San Marco śnieg – 694 m n.p.m. Samochody zjeżdżające do Ascoli pokryte śniegiem. Ascensione nasza ascolanski góra 1.110 m n.p.m. też pokryta śniegiem. I oczywiście na ulicach pusto. Nie ma targu mimo soboty. Mamy ascolanskią zimę. W telewizji widoczki zimowe. Co prawda śnieg, to nie jest jakieś dziwo, bo przecież Italia ma mnóstwo wysokich gór a tam śnieg leży cały rok. Nie bez powodu mają też narciarzy światowych. Jednak na terenach nadmorskich ten śnieg pojawia się rzadko. Ja co prawda pamiętam lód na piazza Popolo i niewielką śniegową górkę z której zjeżdżały uradowane dzieciaki. Sama byłam odcięta od Ascoli kiedy wtedy pracowałam na ” Wzgórzu Czterech Wiatrów”., bo droga prowadząca do miasta była w którejś kategorii odśnieżania, a Wzgórze leżało u stóp Ascensione.

Znalazłam fotki z tego czasu i to, co zanotowałam ” W zapachu włoskiej kuchni czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów”

Czwartek, 2 lutego 2012 r.

Sypie. Prawdziwy śnieg sypie od trzech dni. Topi się, wieczorem podmarza i znów sypie. Mimoza przysypana białą pierzynką a może kocykiem, bo kocyk jest cieńszy. Czyli kolejny plus wsi powyżej, bo w Ascoli śniegu nie ma. Coś tam podobno pada ni to deszcz ni to deszcz ze śniegiem. A ja sobie przypominam zimę.

Może nie ma takiego mrozu, chociaż w telewizji pokazują Italię pod śniegiem, kataklizm straszny ani chybi jutro już nie będzie szkoły. Podobno we Florencji nocą temperatura spadla do minus 14 stopni.

Wobec czego przydało się moje rękodzieło, które zaczęłam przed Świętami i skończyłam już tutaj.  Ocieplacze na ręce i czapeńka. Wszystko w kolorze turkusowym, bo to jeden z moich ulubionych kolorów. Z tylu czapeczka ma jeszcze takie   „wisiadełka „.

Hu hu ha mogę iść na sanki. Tylko sanek brak.

A co do resetu wojownika. Pisałam wczoraj na blogu, że V. jak zwykle poszedł odpocząć po obiedzie. Krótko to trwało. Niecałą godzinkę. Wstał i poszliśmy on na kawę a ja na czekoladę. Zimno było więc zawrócił do domu. I chyba w końcu organizm powiedział stop, bo wpakował się do łóżka w piżamie włączając na szczęście ogrzewanie. Ja też zrobiłam to samo tyle, że pod kocem. Trochę pospał i nawet obawiałam się, że się przeziębił, ale wstał i potem siedział długo wieczorem z ukochanym przyjacielem telewizorem

Ja zaczęłam drugi tom ” Miasteczka Anielin” i szukając go ze zdziwieniem stwierdziłam, że go nie mam. Potem sobie przypomniałam, że kiedy szukałam ebooka jeszcze go nie było. To szybko nadrobiłam halowe i kupiłam i dziś pewnie skończę.

Nic poza tym specjalnego nie ma w planie. Zakupy są więc pewnie V. będzie cierpiał siedząc w domu. Ano zobaczymy.

W Rozmaitościach tylko operetkowo. Nic w schowku jeszcze nie mam.

Do jutra.

Pierwszy zimowy lament

… Czyli powróciła ” baba syberyjska”. Bo do nas dotarła zimą. Włoska, co prawda, ale wcale nie mniej dająca się we znaki. Chwała Panu, że chociaż okna spełniają swoją rolę. Inaczej pewnie ta baba pojawiła by się znacznie wcześniej. Rano temperatura była 1 stopień. Gdyby było deszczowo, to byłby deszcz ze śniegiem. Na szczęście jest słońce. I tak ma być do poniedziałku. Niby 1 stopień to nie trzaskające mrozy, ale nie w domach większości Włochów.

O naszym już nie mówię. Dziś obudziło mnie zimno w sypialni. Jak nie ma być zimno, skoro na noc wyłącza się ogrzewanie ( prawie wszędzie, bo istnieje inna opcja, kto wie czy nie gorsza). U nas ogrzewanie włącza się wieczorem głównie w łazience i sypialni. To ile tego ciepła przejmą mury półmetrowej grubości. Potem jest ranek, gorąca kawa i rozruch. I o 9, 15 wyszliśmy z domu. wcale mnie ten dom w tej temperaturze nie zatrzymywał. I chyba V. nie bardzo wiedział, co zrobić, bo wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy załatwiać jego sprawy. Wciąż ze spadkiem po matce. Tym razem, to średni pozwał obu braci o tzw. w Polsce ” zachowek”. Wczorajsza msza rocznicowa po jej śmierci chyba jak dla mnie dziwna. Stawili sie wszyscy synowie w ilości trzech i nie odezwali sie do siebie ani słowem. Jedyna najmłodsza bratanica podeszła do V. się przywitać. Była też Polka związana z najmłodszym, za którą jest mi zwyczajnie przed V. wstyd kiedy wysprzedawała wszystko po jego matce, a o czym doskonale wiedziałam.

Nie ma to, jak z rodziną. Plus, że taka msza odbywająca się w zakrystii trwa 25 minut i jest pozbawiona ” przekazania sobie znaku pokoju”. 😀

A wracając do baby syberyjskiej. Wobec temperatury zamieniłam golfik bawełniany wkładany na koszulkę termiczną z długim rękawem, na golfik wełniany. Potem sweter i jeszcze coś co można nazwać bezrękawnikiem lub serdakiem. Nie jednak bezrękawnik.

Szkoda słow. A wracając do innego sposobu ogrzewania domów włoskich. Znam taki, gdzie ogrzewanie włącza się wieczorem a właściwie nocą i grzeje do jedenastej w południe. W nocy za ciepło, a w dzień kiedy mija południe, do wieczora w domu lodówka, bo mury nie zatrzymują ciepła. Też do dupy bez przeproszenia.

Właściwie, to nawet nie lament, bo powoli zaczynam być zahartowana w zimnie włoskim. Powinnam umrzeć na zapalenie płuc, a żyję. Ale, co to za życie. Tylko odliczać do wiosny.

Wróciliśmy do domu wedle południa, a nawet po i V. zabrał się za przygotowanie grzybów czyli pieczarek, które nabyliśmy. A, że na obiad było risotto z owocami morza, to zdążyliśmy sieępoharatać. Bo nic tak mnie nie wkurza, jak bałagan i robienie wszystkiego naraz. Grzyby mogły poczekać. Nie, risotto, owoce morza i równocześnie grzyby. Co chwilę miał inną koncepcję, a ja w tym wszystkim zła jak osa.

Ja sprzątam na bieżąco i kiedy kończę nie mam bałaganu w kuchni. Ale V. w życiu. Nie wolno niż sprzątnąć, bo ” potem” i, „że nie sprząta się podczas, a potem”. A ja cierpię, kiedy widzę ten rozgardiasz. Nie dałam rady, go nauczyć. A on mnie też nie przekonał, do siedzenia i patrzenia, jak kupa sprzątania rośnie, a ja sobie siedzę i podziwiam mistrza. Bo muszę być pod ręką, bo a nóż coś trzeba podać albo znaleźć.

Na szczęście teraz poszedł odpocząć po trudnym przedpołudniu.

Ja ogarnę bloga i spróbuję przylepić kolejny raz haczyki do firanek w kuchni. Żaden klej nie trzyma. Wilgoć.

To teraz Rozmaitości.

Kuchennie risotto z owocami morza.

I muzycznie. ” Księżniczka czardasza”.

Do jutra. Ma być zima.

Zniesmaczona jestem

Chociaż teoretycznie powinnam się do takich zachowań nacji włoskiej przyzwyczaić.

Pewnie wszyscy wiedzą, że kilka dni temu zmarła w wieku 95 lat nazwana przez media włoskie ” ikona piękności włoskiej” Gina Lollobrigida. I nie ma dwóch zdań. Z migawek filmowych pokazywanych w tv widać przepiękną dziewczynę, kobietę i aktorkę, a później zdolnego fotografa.

Niewiele zostało już tych „ikon” z epoki wspaniałych włoskich filmów.

Znalazłam taki oto artykuł. Moim zdaniem ciekawy więc go przytaczam.

A teraz o tym, co mnie tak zbulwersowało. Dziś pogrzeb Giny Lollobrigida. Oczywiście transmitowany ” na żywo” przez telewizję Rai Uno. To u Włochów normalne. Tych pogrzebów w telewizji zatrzęsienie.

Ale na miłość boską czy trzeba w tym dniu pożegnania wywlekać wszystko z Jej życia. Od ostatnich chwil, po kontrowersyjne małżeństwo.

Od samego rana trwa w telewizji plotkarski miting. V. jest oczywiście przeciwny, ale jak plotkarski Włoch słucha tego programu.

A teraz mój ascolanski dzień . Zaczął się jak zwykle w przedziale 7.30 – 8.00. Że wskazaniem na godzinę wcześniejszą. Oboje mieliśmy kiepską noc. V. miał problemy i nawet wziął melatoninę, której ja jestem przeciwna. A ponieważ on nie spał budziłam się i ja.

A więc dzień zaczął się wcześnie. Wczoraj osobisty rankiem wystrzykał zęby jadowe,i dziś z lekka spokojniejszy i pewnie zmęczony po nocy. Kiedy wczoraj oznajmiłam, że będą kluski śląskie na obiad zaprotestował, że za ciężkie. Ale dziś już nie podjął tematu kiedy rano obrałam, ugotowałam i przepuściłam przez praskę ziemniaki.

Będą kluski, bo ile można jeść makaron. Jutro może risotto.

Tak, że po uładzeniu sypialni już po dziewiątej rano byliśmy na zewnątrz. 5 stopni, góry olśniewająco białe i ascolańczycy wieszczący jutro śnieg w pobliżu Ascoli. Na San Marko i Ascensione.

Ano zobaczymy. Ponieważ nie było na czym usiąść, bo ławki mokre, o wpół do jedenastej wróciliśmy do domu. Zaliczyliśmy 2,5 godzinny spacer z postojowym na piazza Arringo, nad którym fruwał dron prowadzony przez dwóch mężczyzn. Co nad placem miał za zadanie nie wiem. Latał nad dachami kamienic więc może sprawdzał kondycję dachów.

Z pewnością jeszcze wyjdziemy, bo nie wierzę, żeby do czasu mojego kucharzenia V. wytrzymał w domu.

I tak się stało.

Zaliczyliśmy kolejne wyjście podpierając się naszym staromiejskim busikiem. Wróciliśmy do domu, a ja zabrałam sie za swoje popisowe kluski. Bo nie będę się krygować. W kluskach na pewno mam miejsce na podium. O trzynastej był już obiad. Niecałe pół godziny lepiłam albo kulałam 64 kluski . Można policzyć. 😀

Oczywiście wersja z włoskim ragu, którą V. posypał +serem. Ja konsekwentnie jem bez sera.

Dzisiaj jeszcze mamy do obowiązkowego pójścia mszę w trzecią rocznice śmierci mamy V. Już trzy lata. O osiemnastej w katedrze S’Agostino.

Teraz to, co wchodzi w skład Rozmaitości.

” Tygiel z Internetem”

https://luciadruga.blogspot.com/2023/01/tygiel-z-internetem-523.html

Kącik LM

W kuchni oprócz moich klusek śląskich placki ziemniaczane po włosku.

A muzycznie dziś „Księżniczka czardasza”

Do jutra.

Deszcz i słońce = tęcza

I taka właśnie tęcza pojawiła się nad Ascoli o godzinie circa ósmej rano. Pierwszy zauważył ją V. otwierając okiennice w oknie łazienki, żeby nie palić niepotrzebnie światła ( w ramach oszczędności). Lubię tęcze i wierzę, że za Tęczowym Mostem machają do nas nasze zwierzaki zadowolone z wczorajszego dnia.

Oto tęcza w całej okazałości z naszego okna łazienkowego.

Wczoraj popołudniu musiałoby jak to mówi się u mnie w domu” żabami prać”, żebym nie poszła na piazza Arringo zobaczyć procesję i błogosławieństwo dla wszystkich domowych pupilów.

Mają być zdrowe i szczęśliwe pod opieką świętego Antoniego Abate.

Pogoda była taka w kratkę. Trochę mżyło, trochę padało, a momentami było bez opadów.

Na błogosławieństwo załapały się i rolnicze traktory.

Najpierw trochę fotek.

A teraz cztery migawki filmowe. Co tam mi pod aparat się nawinęło.

Migawka 1 przed procesją

Migawka 2 orkiestrowo a jakże 😀

Migawka 3, to już procesja niestety pogoda znacznie ją zmniejszyła.

Migawka 4, to w ostatnim momencie załapałam się na dołączenie właścicieli koni, które też, te konie, przyjechały po błogosławieństwo.

Dziś za to taki deszczowy dzień z niehumorzastym V. Trochę wyjścia, a trochę jazdy samochodem. I opłacenie ubezpieczenia samochodu i tego nieszczęsnego rachunku za prąd.

Czytam wciąż Siembiede z zaciekawieniem, ale czas niestety nie z gumy, chociaż staram się jak najwięcej go wygospodarować dla siebie. Według dzisiejszego wyliczenia V. 10 godz. spędzam przy laptopie i telefonie, 10 godzin śpię. Ja dodam do tego, że osiem godzin z nim spaceruję, to już mamy 28 godzin. No jeszcze mam jakieś obowiązki.

Wygląda na to, że moja doba powiększyła się do ponad trzydziestu kilku godzin.

Uważam to za sukces.

A naprawdę komputer zabiera mi ostatnio średnio dwie godziny a resztę ogarniam z telefonu przy okazji wolnych chwil.

I tyle dzisiaj.

Czas na Rozmaitości.

Poradnik PPD

Kuchennie

Kącik LM ubogi.

A operetkowo dalej „Hrabina Marica”

Do jutra.

Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą

Otóż ja z pewnością nie marnuję tego, co można z żywności zagospodarować, a nie wyrzucać. Szkoła mojej babci. V. też z pokolenia, kiedy w Italii się nie przelewało. Niektóre jego przyzwyczajenia zaakceptowałam, jak chociażby nie wylewanie wody, w której gotował się kalafior czy inne warzywo i użycie jej do gotowania makaronu. To jest rozsądne i poprawia smak. Ale ostatnio w Internecie roi się od porad, których ja sobie potrafię wyobrazić ich bezsens, ale on już nie.

Ostatnio zobaczył zagospodarowywanie obierek z jabłek i ziemniaków i przygotowanie ich jako ” pyszne” frytki.

Na szczęście na pierwszy ogień poszły obierki z jabłek. Otóż trzeba je upiec. A, że my mamy frytkownicę na gorące powietrze, to w niej. Nie wiem jakich tych obierkow używano, ale ja obieram jabłka, bo zęby już nie te taką obrotową obieraczką. Cieniutko. Inni może na pół palca.😀

Dobrze, nie będę się kopać z koniem. Nazbierałam z kilku jabłek i poszło. Tak jak przypuszczałam świństwo. Spieczone skórki z jabłek. V. oczywiście powiedział, że dobre i jadł. Ale nie zauważyłam, żeby chciał kolejną partię. Zdziwaczał maksymalnie i to jest winą nie tylko starzenia się.

Dzisiaj znów poszedł wyjaśniać ten rachunek za prąd. Na szczęście inni też dostali w takiej wysokości, to powoli dociera do niego podwyżka. Wczoraj nawet sprawdzał numer licznika czy ten rachunek na pewno nasz. Numer się zgadzał.

Aż nie chce mi się myśleć o rachunku za gaz.

Za wszystko co złe czyli kryzys ekonomiczny wini Stany Zjednoczone i ich mieszanie ich się do polityki czyli wojny z Ukrainą.

Mamy teraz etap zmian. Na pierwszy ogień zmiana operatora jego komórki. Wraca do Winda, bo lepsza oferta od Poste Mobile, którą tak chwalił i słuchać nie chciał, że to wcale nie tak wspaniale, bo powiązane z dodatkową kartą Pay za którą, co jakiś czas płacił a nie używał. W końcu dotarło.

Popoludniu spróbuję o ile deszcz nas nie przegoni, bo słońce świeci a deszcz pada zobaczyć procesję świętego Antoniego Abate. Z pupilami czworonożnymi.

A ta pogoda taka więcej wiosenna mimo, że w górach spadł śnieg i straszą zimnem.

Nawet dziś widziałam pierwsze kwitnące narcyzy. Nie zrobiłam zdjęcia, bo byłam bez parasola a właśnie się rozpadało

Czyli dziś nic takiego ciekawego. proza życia.

A teraz obiecane albumy z ” pchlego targu”.

Najpierw dla Hani

I jeszcze kilka ciekawostek:

Rozmaitości blogowe:

Kącik LM

Poradnik PPD

Kuchennie

Słuchamy ” Hrabiny Maricy”, bo nic nie poprawia humoru jak operetka. Klasyczna austrio- węgierska.

Do jutra.