Nie wierzę prognozie

A, już tak dobrze szło czyli się sprawdzała. Dziś miało być słonecznie. A tymczasem mgła nie ustąpiła i o słońcu nie ma, co marzyć. Poza tym piątek czyli ta tabletka, po zażyciu której muszę być spionowana pół godziny. Gdyby to było lato pewnie poszłabym po przysłowiowe bułki.😀 Ostatnio miałam obiady rodzinne więc rano przygotowywałam, co tam mogłam.

Sama byłam zdziwiona ile przez te pół godziny można zrobić. A dziś obiadu nie ma, bo Piotrek się integruje w swojej korporacji. Idą do jakiejś knajpki, a potem.na jakiś spektakl w kinie ” Kijów „. Przypominam, że mój wnuk pracuje w Krakowie.

Z kinem ” Kijów” mam wspomnienie. Otóż było to pierwsze kino nie tylko panoramiczne, ale i stereofoniczne. To była kinowa rewolucja na owe czasy. Naturalnie zaraz poszłam do kina, które należało zaliczyć . Pamiętam, że była to 2 część radzieckiej ” Wojny i Pokoju „. Zresztą doskonała. Ale tu była stereofonia. Jadą sobie bohaterowie jakąś chyba dwukółką , ale po tylu latach głowy nie dam. Jadą tyle ile im autor kazał czyli powiedzmy 20 wiorst 😀My sobie siedzimy w kinie i jedziemy z nimi, bo długo jechali😀, a dokoła szumią liście, ptaszki śpiewają, jednym słowem jesteśmy w środku akcji.

I tyle zapamiętałam z pierwszych chwil kina ” Kijów „.

Trochę danych encyklopedycznych.

Radziecka wersja Wojny i pokoju (tytuł ros. Война и мир) to monumentalny, czteroczęściowy epicki dramat filmowy z lat 1965–1967 w reżyserii Siergieja Bondarczuka, będący wierną adaptacją słynnej powieści Lwa Tołstoja. [

Najważniejsze informacje o produkcji:

  • Reżyseria i scenariusz: Siergiej Bondarczuk (we współpracy z Wasilijem Sołowjowem).
  • Czas trwania: Ok. 8 godzin i 31 minut (rozbite na 4 części kinowe).
  • Wytwórnia: Mosfilm.
  • W obsadzie: Siergiej Bondarczuk (jako Pierre Bezuchow), Wiaczesław Tichonow (Andrzej Bołkoński), Ludmiła Sawieljewa (Natasza Rostowa).
  • Rozmach: W produkcję zaangażowano ogromne środki państwowe, tysiące statystów oraz autentyczne formacje wojskowe do odtworzenia bitew z epoki napoleońskiej (w tym bitwy pod Borodino).
  • Nagrody: Film zdobył Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego oraz Złoty Glob.

Kto nie widział gorąco polecam.

Skoro nie miałam wyjść na spacer uporałam się z prasowaniem i tym samym większość stałych prac domowych mam z głowy.

Odwiedził mnie syn, ale na krótko, bo został wydzwoniony i pognał załatwiać jakąś pilną sprawę.

W świąteczną środę będzie rodzinny obiad w wersji eleganckiej. Nawet serwis, który przeżył z moimi teściami wojnę i dopiero ich synowa ( czyli ja ) nadszarpnęła jego stan zostanie wyciągnięty. Był to serwis obiadowo- kawowy. Z kawowego zostało kilka talerzyków pod filiżanki. Obiadowy prawie cały tylko bez talerzyków deserowych. Chyba ostał się jeden.

Menu ustalono.

Cielęcina czyli karczek cielęcy.

Kasza typu pęczak na życzenie syna z grzybami na gęsto że śmietaną .

Dla wnuka ryż i nieśmiertelna tarta marchewka z cytryną i oliwą.

Aga sama kasza z grzybami.

Menu uzgodnione indywidualne.

.Na przystawkę bakłażan grillowany z pomidorem.

Oczywiście spumante i wino obiadowe.

Na deser szarlotka mojej babci.

A obiad oprócz tego, że świąteczny ma jeszcze drugą okazję. Moje dzieci czyli rodzice Piotrka mają 36 rocznicę ślubu 10 listopada. Doskonale się więc składa.

I tak mam co układać logistycznie.

Do jutra.

Jest, jest słońce

I, co by nie powiedzieć, mój organizm od razu zareagował chęcią do życia. Spałam w miarę dobrze, jak na mnie 😀. Obudziłam się kolejny raz, już na dobre przed ósmą. Wypiłam espresso, posłuchałam Graffiti i wiadomości i zaczęłam bez problemu organizować sobie dzień. Złożyłam pranie, przygotowałam rzeczy do prasowania. Na jutro. I zabrałam się za suszone ziółka. Sprawdziła się suszarka. Uzbierał się taki słoik wielorakiej mięty, z niewielkim dodatkiem bazylii. Świeża mięta rośnie dalej w skrzynce przeniesionej z balkonu. W towarzystwie rozmarynu.

Słońce wyciągnie mnie z domu. Raz, że muszę iść do paczkomatu, dwa, mini zakupy. Ale wcześniej kto wie czy nie zrobię jakiegoś jesiennego spaceru w kierunku Parku Róż. Głównie Aleją BOoWiD. A wracając zabiorę paczki i zrobię te zakupy.

Potrzebna mi szara reneta na szarlotkę mojej babci. Oczywiście, to nie jest popularna odmiana w Netto i dlatego od razu poszłam na Allegro. Kupiłam 3 kilogramy i pojutrze mam mieć dostawę. Chwała zakupom internetowym. Jak potrzeba, to tylko tam.

I przy okazji wpadłam w tryb świąteczny. W zeszłym roku przy zmianie choinki stwierdziłam, że ogromna świecąca gwiazda betlejemska jest do nowej stanowczo za ciężka i masywna. Ona ma dwa zastosowanie. Jako szpic i jako samoistna dekoracja. I w tym roku będzie ” separata”.😀. Jeszcze nie wiem w którym miejscu, ale wymyślę. I tak powstała luka. Brak szpica na choinkę. Naturalnie szklanego.

Oto cacko, jak mówiono w moim rodzinnym domu, któremu się nie oparłam.

Siła wyższa. Kończę czwarty tom ” Chaty pod starym świerkiem. Dziś chyba zaliczę i tom piąty”.

I tyle wiadomości słoneczny.

Do jutra.

Góra, dół

Ela, napisała, że skąd ja biorę energię. A tymczasem ja dziś dołączyłam do tych, którym się nic nie chce i do wszystkiego muszą się ciągnąć za uszy

Znowu miałam białą noc. Nie pomogła tabletka na sen, pyralgina, bo bolały mnie nogi. Masakra. Wstałam przed szóstą i wypiłam kawę i tak się pętałam po domu. Trochę czytałam, trochę na siłę coś zrobiłam. Włączyłam pralkę i powiesiłam pranie.

To już był taki wyczyn, że padłam. I nawet zasnęłam.

A teraz dalej mam jesienną depresję. Bez słońca zamieram. Jutro do paczkomatu przyjdzie mój włoski ryży dr.Scotti i tabletki duoflex więc zwlokę się na zewnątrz

Ja ją nie cierpię takiej pogody.

Do jutra

Do przodu

Wczoraj, już miałam iść do szkoły, kiedy chowając do torebki telefon zauważyłam wiadomość. I dobrze, że zajrzałam, bo to było odwołanie zajęć językowych. Ostałam się jedyną więc dobrze, że odebrałam. I powiem tak. Wyjątkowo mi się nie chciało wychodzić z domu po tym sprzątaniu. Tak, że z dużą przyjemnością zaległam na kanapie przed telewizorem oglądając serial ” Akcja pod Trybunałem „.

I bardzo się cieszę, że jest możliwość blokowania różnych trolli i ich widoku IP, bo od razu wpadają do kosza.

A dziś nic mnie uratuje i muszę iść na zakupy.

A w Ascoli zaczął się remont naszego domu na Lisa. Grazia przysłała mi fotki

i prośbę o zdjęcia wnętrza, bo chce pogadać z zaprzyjaźnionym projektantem.

Jak bardzo cieszyłby się Vincenzo i ja z nim kiedy pojawiłaby się możliwość powrotu do domu.

Casa nostra. Cóż teraz dom mam tu, a tamten został na szczęście na wielu zdjęciach. Wczoraj wędrowałam po nim. Niektóre drobiazgi i czy choćby zasłony z sypialni są tu ze mną. I to jest ta ciągłość naszego wspólnego życia z Vincenzo.

Chyba zabiorę się za jakieś pracę domowe i wezmę oddech mobilizujący do wyjścia do Netto. Mój wehikuł pełen butelek do zwrotu.

Chyba w Święto Niepodległości urządzę rodzinny obiad. 😀 Syn jest, Piotrek i synowa i Aga jako ci pracujący będą mieć dzień wolny, to mogę zadziałać. Cielęcina z grzybami, kaszą i szarlotka mojej babci.

A na Kindle pierwszy tom sagi ” Chaty pod starym świerkiem „. 5 tomów więc jest, co czytać.

Do jutra.

Zaczął się listopad

Wczoraj przesiedziałam w domu, porządkując trochę ogród zimowy. I naturalnie tkwiąc w polityce. Na cmentarze poszła Agnieszka. Ja z Piotrkiem pojechałam na trzy cmentarze w sobotę.

Wczoraj i dziś był porządkowany dom, bo pościnałam zioła i suszą się w suszarce elektrycznej. Nawet nie myślałam, że takiego bałaganu narobię. Wczoraj jeszcze przysiadłem nad zadaniem domowym, bo dzisiaj zaraz będę się zbierać na lekcję. Było tego trochę. A dziś będziemy maksimum w trójkę, bo jednego uczestnika nie będzie.

Ale zrobiłam i po początku, który dokładnie mi się mieszał, zaskoczyłam i końcówkę już miałam dobrą. Naturalnie mam pomoc. Wspaniałą książkę z czasownikami nieregularnymi i zasadami koniugacji tych regularnych. Tak, że bardzo mi się to przydało.

Rano przyjechał na swoim kołowym wehikule syn, bo wczoraj wrócił, po rundzie w pracy.

A ja po jego wyjściu skończyłam sprzątać z odkurzaniem włącznie i mój zimowy ogród jest zainstalowany na zimowe miesiące.

A za oknem wciąż w dekoracyjnej formie powojniki.

U Agi w pokoju zimują jej ukochane pelargonie. Też na parapacie.

Czas powoli się zbierać do Katowic.

Do jutra.

Jakoś tak opadłam z sił

I nie fizycznie. Dzisiaj przyjechał Piotrek i po śniadaniu zrobiliśmy rundkę po cmentarzach pałac płomyczki dla bliskich.

Nawet nie było tak źle z korkami. Potem wróciliśmy do domu . Zjedliśmy obiad i Aga z Piotrkiem zlikwidowali kwiaty na balkonie. Już część jest zagospodarowana. Piotrek pociął płytę izolacyjną na podstawki pod te donice, co zimują na balkonie. Dla mnie czekają jeszcze niektóre zioła do obcięcia i suszenia. Bardzo dużo nam pomógł. Wyniósł do piwnicy również półkę balkonową żeby zima jej nie zniszczyła.

Jutro jestem w domu i będę ogarniać resztę ogrodu zimowego.

A zmęczona jestem psychiczna. Długo w nocy śledziłam to, bo się działo pod Trybunałem. Dalej słucham i jestem tym wszystkim i zniesmaczona i przerażona poziomem nie tylko narodu, ale i polityków prawicy.

Dlatego tyle zapisków dzisiejszych.

A jutro temat mamy uzgodniony. Ulubione miejsca w naszych miejscach zamieszkania.

Do jutra.

Zaraz mi lepiej

Bo już patrzeć nie mogłam na okna w dużym pokoju. A tu w najbliższych dniach będzie akcja ” ogród zimowy’. Czyli zabieranie do domu z balkonu trzech dużych drzewek szczęścia i jeszcze innych z pelargoniami Agi. Nie powtórzymy pomysłu z klatką schodową bo zmarniały i są odnowione. Potrzebne parapety w całym domu poza kuchnią i miejsce przed balkonem. I te okna prosiły się o umycie. Nawet specjalnie nowe firanki kupiłam takie, żeby wygodnie było podlewać.

A, że potrzeba matką wynalazków wymyśliłam rewelacyjny patent. Wzięłam do mycia moją małą parownicę .

Butelka pokazuje jej wielkość. Przywiozłam ją sobie z Italii. I dobrze zrobiłam, że ją wzięłam. 😃 To był strzał w dziesiątkę. Ja od lat szyby i lustra myję samą wodą i specjalnymi ściereczkami. Teraz użyłam pary. I potem przetarłam . I już inaczej nie będę. Ramy też się myją. Super patent.

Potem już musiałam upiąć te nowe firanki i jestem zadowolona.

Obiad dla Piotrka gotowy. Zrobiłam z piersi z kurczaka coś na kształt flaczków. Z majerankiem. Mam też dla niego gotowaną wołowinę z rosołu. I fasolkę szparagową z oliwą i miętą.

Trochę mnie nogi bolą, ale do tego to już się muszę chyba przyzwyczaić. „Rebekę ” skończyłam i zabrałam się za ” Panią da Winter”. Nie czytałam, to jeszcze raz dziękuję za podpowiedź.

Dla Piotrka mam trochę prac domowych. Dziś jednak nic z tego nie będzie, bo ma jakieś seminarium o osiemnastej.

Trudno świetnie.

Do jutra.

Kolejny obrót kołowrotka

Kiedyś trzeba. I w końcu zabrałam się za coś czego naprawdę nie lubię. Mycia lodówki i rozmrażania zamrażalnika. Cóż kiedyś trzeba. Zabrałam się po śniadaniu i przy okazji zrobiłam przegląd, bo zawsze znajdzie się coś, co należy wyrzucić. Ale mam tę nielubianą czynność z głowy.

Potem zgodnie z ułożonym harmonogramem pojechałam do Parku Pamięci. Parking w 3/4 zapełniony. Jedni robią porządki, a inni odwiedzają już swoich bliskich z kwiatami. Bezsłonecznie, mgliście, taka atmosfera listopadowo- świąteczna. Kwiaciarnia ze sporą propozycją żywych kwiatów.

I mamy i Vincenza porządek, nie miałam co robić. Dodatkowa żółta chryzantema, którą postawiłam w dniu urodzin Vincenza w doskonałej kondycji. Doszłam do wniosku, że nie będę kupować kwiatów gdzie indziej, bo cenowo identycznie, a nawet taniej. Doniczki i to bardzo ładne po 20 złotych. W Netto jeszcze taniej, po 16 złotych. Ale kupiłam w Parku Pamięci. Postawiłam i tylko przyjedziemy zapalić dodatkowe płomyczki.

Goździki wciąż mają pąki i sporo kwiatków.

A wracając też zgodnie z planem zrobiłam duże zakupy na jutrzejszy obiad i uzupełniając domową chemię. Przez myśl mi przeszło, że może warto się zabrać za okna w dużym pokoju, ale mi przeszło. 😀Jutro jestem w domu. Nigdzie nie idę, nastawię obiad i jak się będzie gotował, to może mnie ten kołowrotek obróci jeszcze raz.

A teraz „Rebeka” i trochę polityki.

Do jutra.

Z pewnością dołączyłam

… do osób, które te dni przed 1 listopada spędzają dość intensywnie. Ja tak właśnie miałam dzisiaj. Ale ponieważ miałam świetne towarzystwo nie odczułam tego specjalnie

Przedpołudniem razem z moją szwagierką ogarnęłyśmy do końca grób naszych teściów w Chorzowie. Potem należało nam się coś słodkiego więc pojechałyśmy do mnie na kawę i eklerka.

Trochę jak to się u nas mówi ” poklachałyśmy” i moja ulubiona J. zaproponowała, że zawiezie mnie do babci Cesi. I bardzo jej za to jestem wdzięczna, bo nie musiałam jechać autobusem.

Pojechałyśmy robiąc wycieczkę po Chorzowie, bo od zamknięcia estakady jeździ się z objazdami z korkami.

Trudno świetnie.

U syna przeżyłam chwilę grozy. Z jakiś przyczyn dziurka od klucza nie była tak jak zawsze i za nic klucz nie wchodził. Wyglądało jakby to nie był ten klucz. Zwątpiłam czy to na pewno jest ten klucz. Wyjęłam z kasetki, gdzie jest tylko ten klucz na breloczki z wieżą Eiffla i napisem Paris. A on nie wchodzi. Dobrze, że po jakimś czasie prób udało się. Babcia dostała obiad, tabletki, kawałek eklerka . Załączyłam jej telewizor i byłam wolna. Teraz, to dopiero była wycieczka. Dwa razy dłużej jechałyśmy niż w tamtą stronę.

Ale oba zadania wykonane. Jutro Park Pamięci i zakupy na piątek czyli obiad z Piotrkiem. Ale o tym jutro.

Do jutra.