Czas biegnie

Znowu kolejny poniedziałek rozpoczynający kolejny tydzień. Za oknem absolutnie jesiennie. Bez słońca z mżawką i wilgotnym powietrzem.

Czekam na kuriera, który ma przywieść tę zamówioną płytę pod doniczki na balkonie. Już nawet dzwoniłam do kuriera, ale nie odbiera. Dodzwoniłam się do firmy i kurier ma się ze mną skontaktować.

Nie miałabym „nerwówki”, gdyby nie to, że muszę o czwartej wyjść z domu, żeby pojechać do szkoły

Wczoraj się zmobilizowałam i odrobiłam zadanie po przeczytaniu zadanego nam tekstu. Dotyczył strat finansowych Italii ze względu na zalew produktów pseudowłoskich. Zjawisko nosi nazwę L’Italian Sounding

Nudzą mnie takie teksty bardzo. Mam nadzieję, że to jednorazowe zadanie. Mój włoski nauczyciel, też mi dawał takie zadania typu ” praca z tekstem ‚, ale ciekawsze. Na przykład historia pizzy Margherita.

Trudno świetnie.

Niedzielę spędziłam w towarzystwie ebooka ” Dumą i uprzedzenie” i teraz mogę pójść na nową filmową adaptację 😃

Chyba wezmę się za Wichrowe wzgórza i będę mieć klasykę odhaczoną.

I to by było dziś na tyle. Nudno i może to dobrze.

Do jutra.

Dzień Bloga Otwartego

Ja dzisiaj z powodu zbliżającego się Święta Zmarłych chciałam zapytać Was czy macie jakieś swoje domowe, rodzinne tradycje. Naturalnie z pewnością wpisują się w nie porządki na grobach najbliższych. Ale potem jak mija ten dzień czy te dni. Bo de facto to Dzień Zaduszny jest poświęcony pamięci zmarłych.

Ale utarło się, że dniem wolnym od pracy jest 1 listopada, który w kalendarzu kościelnym jest dniem poświęconym Wszystkim Świętym. Świeckie władze ustanowiły ten dzień Dniem Zmarłych.

Oczywiście moja rodzina też ma swoje tradycje. Kiedy jeszcze byłam Krakowianką czekałam na ten dzień z łakomstwa. Tylko wtedy pod cmentarzem sprzedawano tzw. miód turecki. Masa cukrowo- migdałowa rąbana przez sprzedawcę małym tasakiem.

Na Śląsku tego przysmaku nie ma. Odszedł w krakowskie wspomnienia.

W Chorzowie tradycyjnie spotykaliśmy się na cmentarzu przy grobach teściów i po odwiedzeniu innych bliskich, dla mnie głównie przyjaciół szliśmy do mnie. Zawsze piekłam jakieś dobre ciasto do kawy czy herbaty. Bo to był z reguły bardzo zimny 1 listopada. Wkładało się botki, czapki, rękawiczki i co bardziej eleganckie damy futra. A teraz jak w zeszłym roku nawet jesienny płaszczyk był za ciepły. Ale elegancja obowiązuje. Nie wypada pojawić na cmentarzu w codziennych ciuchach. 😃

W tym roku też Piotrek albo syn będą zamówieni do objazdu cmentarzy. Bo to i dodatkowe kwiaty i naturalnie znicze. Będziemy u najbliższych, a następnego dnia pójdę sama do tych, których nie zdążę odwiedzić 1 listopada.

Oczywiście upiekę coś pysznego. Myślę o szarlotce według przepisu mojej babci.

Zapraszam.

Słońce za oknem, to jest to, a poza tym kulinarnie

Co prawda dzisiaj piątek i moja cotygodniowa tabletka w leczeniu osteoporozy, i półgodzinny zakaz położenia się. Ale przygotowania do obiadu z Piotrkiem trochę mi ten zakaz złagodziły. I to słońce za oknem.

A ponieważ i moja przyjaciółka z Anglii i Hania prosiły o przepis na zupę kminkową, to zaraz podam.

Zupa ta jednoznacznie kojarzy się z moją babcią. Moja babcia, kiedy chciała ją ugotować mówiła:

-Ja już nie wiem co gotować. Chyba zrobię zupę kminkową.

Obie z moją mamą bardzo tę zupę lubiłyśmy. To bardzo prosta zupa. Można wykorzystać niedzielny rosół zamiast nieśmiertelnej pomidorowej.

Ja teraz robię ją w wersji wegetariańskiej na wywarze jarzynowym. Oprócz wywaru jarzynowego (marchewka w talarki, cebula w całości i pietruszka) plus kostka warzywna lub rosołowa gotujemy osobno w drugim mniejszym garnku zawartość torebki z kminkiem ( nie mielonym ) kiedy ten wywar jarzynowy będzie gotowy usuwamy z niego cebulę i pietruszkę. Marchewka zostaje. Dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki, można tez je pominąć. Wywar z kminku przecedzony przez sitko wlewamy do wywaru. I mamy czystą zupę kminkową . Teraz doprawiamy według fantazji. Można dodać śmietany i zrobić lane kluseczki. Można dodać grzanki z kromeczek bułki lub kosteczek. Można z niej zrobić aintopf z kawałkami mięsa i właśnie ziemniaczkami.

Pełna fantazja.

I mnie ostatnio była że śmietaną i lanymi kluseczkami.

Dziś pieczony karczek właśnie z kminkiem. Piotrek po tej operacji wyrostka ma podejrzenie ibs i dlatego nie może jeść pewnych przypraw. Ale kminek i rozmaryn jak najbardziej.

Pooglądałam, co mogę wprowadzić do jego potraw.

Zaraz zrobię do tego ziemniaczki. Bardzo mu ostatnio smakowały takie obgotowane i potem upieczone w piekarniku z masłem i rozmarynem. To będzie powtórka z rozrywki. I tym razem zielona sałata z długimi cieniutkimi paskami marchewki. Bo marchewka konieczna. Z cytryny i oliwą.

I taki dziś będzie domowy obiad u babci.

Do jutra.

Rozpogadza się

Ranek taki jak ostatnio. Ciemny, jesienny i wilgotny. Ciężko mi się rozpoczyna taki dzień. Budzę się, ale nie mam chęci do niczego. Rozbudzam się stopniowo. Pomógł mi w tym telefon od Piotrka, który potrzebował wsparcia psychicznego babci , bo przechodzi przez audyt w swoim odcinku pracy. Jako, że piątki ma zdalne, to przyjedzie na babciny obiad. I sobie pogadamy. Będę miała dla niego pracę zleconą. Przyniesienie z piwnicy dwóch walizek z zimowymi ciuchami.

Tak, że piątek będę miała kulinarny i może też zabiorę się prasowanie. Nie ma wyjścia.

Ma być ładnie i słonecznie, a jak słońce, to ja zaraz mam jak to mówimy szwung do pracy.

Dziś zrobiłam zakupy. Spędziłam upojne minuty przy butelkomacie, który wyraźnie coś zgrzytał, nie tylko dosłownie. Zaczął mi drukować paragony za każdą butelką. Na szczęście po dwóch mu przeszło i kolejne zsumował. I jeszcze zauważyłam, że nie mogę wkładając butelkę zahaczyć ręką o tunel, bo natychmiast wypluje flaszkę. Dom wariatów.

Odebrałam też z paczkomatu włókninę do zabezpieczenia doniczek na balkonie.

Kurier przywiezie jeszcze płytę izolującą je od balkonowych płytek. Któryś z moich panów musi ją przyciąć. Ale zabezpieczenia poczyniłam.😃 I wracając z paczkomatu przysiadłem na chwilę na skwerku na pogaduchy telefoniczne. Dziś świętej Jadwigi i w sobotę idziemy z Agą na imieninowe spotkanie rodzinnej Jadwigi. Będzie pewnie jak zwykle niezwykle miło.

Na obiad kupiłam sobie gołąbki zapiekane, bo ja z sosem nie lubię. Odsmażę we frajerku. Nie będę robić dla siebie i potem zamrażać. Ale kto wie. Jak mnie coś kulinarnie dorwie, to może i zrobię. W sosie grzybowym i z ryżem. Te, co czasem kupuję, są z kaszy.

Ostatnio ugotowałam zupę, której wieki nie jadłam. Zupę kominkową mojej babci. Mojej córce tak smakowała, że wczoraj kupiłam dwie torebki kminku na zaś.😃

A tak w ogóle, to mimo spadku formy jakoś trzymam ład w domu. I czytam. Skończyłam ” Damę z wahadełkiem’ i zaczęłam ” Damę że szmaragdami.

Zapowiada się dłuższy mój pobyt w wiktoriańskiej Anglii. Ten opis sukien. Taka żałobna była taka prosta. 😃 Tylko bufki przy rękawach i falująca falbana przy niewielkim trenie sukni. I ta tiurniura, żeby sylwetka przypominała literę S.

Dla mnie kapitalne wstawki. I to ciągłe picie herbaty, choć na nerwy najlepszy jest kieliszek sherry 😃. Dla informacji, to są historie kryminalne w tle obyczajowym. A nawet z niewielkim straszeniem w tle.

To wracam na salony Dworu pod Cisami.

Do jutra.

Kiepski dzień

Myślę, że jednak stres wczorajszego dnia, Park Pamięci, mnóstwo wspomnień, a nawet wiadomość od Grazii, że zdała wczoraj bardzo ważny egzamin na swoim drugim fakultecie. Napisała, że pomógł jej tata. Data jego urodzin czyli 13 października i aulam numer 13.

I ja w to wierzę.

Za to dziś czuję się kompletnie rozbita. Nawet rano nie wypiłam kawy, bo nie miałam ochoty. Za to o trzynastej padałam z nóg i wtedy kawa przywróciła mi jasność spojrzenia.

Oglądałam cyrk pod Trybunałem Konstytucyjnym. Co za masakra. Grono starych ludzi plus orły prawicy jak Bąkiewicz i Gosiek, szalony Macierewicz, a nawet wódz stawiający diagnozę zamachu stanu.

Policjanci, którzy tych szaleńców usiłowali trzymać tak, żeby umożliwić wjazd samochodów na teren Trybunału. Podobno ta demonstracja jest legalna.

Na litość boską, kto pozwala na taki cyrk od miesiaca. Miasteczko namiotowe, ciekawe czy toi toi mają? A dziś jakieś nawiedzone z krzyżami w rękach, hymn, Rota i modlitwy puszczane przez głośniki. Normalny człowiek nie wierzy własnym uszom i oczom.

Pomyślałam, że te barierki, którymi się próbowali ogrodzić powinny zniknąć. I rzeczywiście przyjechały służby miejskie i udało im się część załadować na platformę. A rozwścieczony tłum emerytów z bohaterskim Bąkiewiczem, który na nią wskoczylniczym kosynier rzucił się na nią i mimo policji zaczął te barierki ściągać.

I, co ta nasza biedna policja miała zrobić mając przed sobą starych, ale jarych obywateli.

Pytanie retoryczne. Posłowie nietykalni, starcy – lepiej nie dotykać.

I tu przerwałam moją opowieść bo przyjechał syn z synową. Witek jutro wyjeżdżam na cykl pracy więc na spotkanie umówię się z synową na coś dobrego do zjedzenia. Z Piotrkiem.

A teraz wróciłam do polityki. Dzieje się.

Do jutra

Auguri Amore czyli na rolce wspomnień

Chociaż nie tylko, bo jak zawsze powiedziałam rano:

-Auguri Amore.

Tylko spumante nie było, kwiaty zawiezione do Parku Pamięci i płomyczki, w które posłałam moje życzenia.

Na platformie WordPress, na której piszę bloga jest taka opcja, ze codziennie mam wspomnienie. Własny wpis z datą zgodną każdego roku od kiedy pojawia się blog.

To były ostatnie radosne urodziny Vincenza. Potem pandemia i choroba. To może warto do nich wrócić.

A za kciuki pięknie dziękuję. Było ciekawie i nagadałam się. Zdecydowanie gadałam najwięcej i oto mi chodziło.

Do jutra.

Jaki będzie ten tydzień

Jednak najpierw podziękowania. Lenie za świetny temat, a Wam za wczorajszą żywą dyskusję. Przypomniały mi się niezapomniane Dzienniki Twojego Stylu. I wpadłam na taki pomysł. Z chęcią udostępnię jeden dzień tygodnia na Wasze wpisy. Jak to widzę. Przyślecie do mnie na maila jakiś swój wpis na dowolny temat . Ja go wrzucę na mój blog jako wpis codzienny.i przez cały dzień będzie można komentować , a autorka będzie odpowiadać na tę komentarze tak samo jak zawsze komentarzem. A dyskusja była żywa , bo na temat traumy miałyśmy bardzo różne opinie.

Będzie to takie miejsce, gdzie możecie napisać o wszystkim. Tak kiedyś było i cieszyło się dużym zainteresowaniem i ileż przyjaźni się nawiązało. Może wróci część Dziewczyn z DTS.

Co o tym myślicie?

A poza tym na godzinę siedemnastą jadę do Katowic na pierwszą lekcję języka włoskiego. Bardzo jestem ciekawa grupy i w ogóle jak to będzie wyglądało. Pewnie będę najstarszą uczestniczkami kursu, a może nawet całej szkoły. 😀

Cóż nigdy nie bałam się wyzwań. Ale o kciuki poproszę. 😀

Były kiedyś w DTS ” magiczne dziennikowe kciuki „. Kto pamięta?

Kończę 6 ostatni tom cyklu ” Poradnik prawdziwej damy”. Polecam.

Jutro też jest dzień urodzin Vincenza. Cóż mogę zrobić. Pojechać, zapalić płomyczek i uśmiechnąć się do fotografii. Takiej samej jak w Ascoli.

A potem wrócić do domu. Mojego polskiego domu, bo tamtego włoskiego już nie ma. I lepiej, bo tu nie mam wspomnień. Tamte 22 lata włoskie są już tylko wspomnieniem. Taką grubą księgą z obrazkami.

Do jutra.

Dzień Bloga Otwartego

Temat podany przez Lenę. Napisała:

” Czy nie uważasz, że słowo trauma jest obecnie nadużywane? Ludzie piszą o traumach, bo ktoś na nich nakrzyczał, jak byli dziećmi, albo dostali za zimną kawę i kelner krzywo na nich patrzył.”

Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania.

A, co dokładnie oznacza słowo ” trauma”:

silna, trwała reakcja psychofizyczna na nagłe, przykre lub zagrażające życiu wydarzenie, które przekracza możliwości psychiki w zakresie radzenia sobie ze stresem.

No właśnie. Zdecydowanie uważam, że ludzie nadużywają tego słowa i reakcji, jaką one dla nich niesie .

Jak wiecie jestem z pokolenia tuż powojennego. Znałam i żyłam z ludźmi, którzy naprawdę przeżyli straszne czasy. I oni mieli prawo mówić o traumie. I tak było, chociaż osoby silnie psychiczne radziły sobie same. Nie była popularna pomoc psychologów. I ja też mam bardzo zdystansowane spojrzenie na tę pomoc, o czym wszyscy, co czytają mojego bloga wiedzą.

Ale patrząc na nowe pokolenia dochodzę do wniosku, że brak radzenia sobie z negatywnymi przeżyciami bierze się z braku więzi. I tych rodzinnych i tych przyjacielskich. Czy myślicie, że ja nie miałam trudnych przeżyć? Miałam i to nie jedno. Nawet odejście Vincenza, które stanowi bolesną zadrę nie namówiło mnie na pomoc psychologa.

Bo nie widzę potrzeby grzebania w moim życiorysie dla sytuacji bieżącej, która jest trudna, ale nie stanowi powodu, do tłumaczenia własnych negatywnych reakcji na inne sytuacje życiowe.

Ile tych straumatyzowanych osób przeżyło trzęsienie ziemi? A jednak rzadko mi się to przypomina. Co nie znaczy, że nie pamiętam. Gorszym wspomnieniem jest wieloletnia tułaczka po hotelach. Ale i to potrafiłam sama oswoić. Znaleźć w tym aspekt pozytywny. Mieszkanie nad morzem, wycieczki, spacery i piękno włoskiego krajobrazu. Brak codziennych czynności jak zakupy czy gotowanie, pranie i sprzątanie na dłuższą metę jest męczące. Wierzcie mi. Ale chodziliśmy po pchlim targu. Nazbierałam łabądków i drobiazgów porcelanowych. I powinny one kojarzyć mi się z tym trudnym okresem życia, ale nie. Stanowią odrębną radość, która skutecznie niweluje tamte chwile.

I jestem z pokolenia, które jak musi ” upuścić pary” ma przyjaciół, którym się wygada i ponarzeka. I często to spojrzenie z drugiej strony osoby bliskiej przywraca właściwe proporcje.

Dlatego, żal mi tych młodych ludzi, którzy wiodą życie uczuciowe poza realem. I nawet nie wiedzą, co tak naprawdę słowo ” trauma ” oznacza. Dla nich to słowo wytrych, który otwiera usprawiedliwienie dla postępowania. Bez właściwej oceny i stopnia przykrości.

A czasem wystarczy się z problemem przespać i uruchomić ” szare komórki”. Tylko często, te należy obudzić.

Zapraszam do komentowania.

Hu,hu,ha, jesień zła?

A, może normalnie, taki mamy klimat.😀.

Wczoraj koło dziesiątej wyszłam po ostatnią przesyłkę komfortowego spania do paczkomatu i po owoce do macedonii na obiadowy deser.

Od razu dostałam lodowatym wiatrem w twarz. Mimo, że ubrałam się cieplej, to raczej po tym poprzednim miłym jesiennym dniu nie byłam szczęśliwa, a wręcz przeciwnie.

Odebrałam też jesienny obrus, który miał inaugurację na wczorajszym obiedzie.

Moja synowa, kocha dynie w dekoracjach. Ja postawiłam tylko na obrus i białą porcelanę plus zielone chryzantemy.

Najbardziej lubię macedonię, z truskawkami. I wczoraj udało mi się kupić niewielki ich pojemnik. Poza tym były, borówki, maleńkie bezpestkowe winogrona, których nie musiałam przekrawać. Dwa rodzaje śliwek, jabłko, gruszka i banan. Te owoce już pokrojone w niezadrobną kostkę. Sok z cytryny i trochę wiśniówki. Naturalnie bita śmietana ubita w domu, a nie z kupnego pojemnika.

Wszystko wyszło świetne. Dzieci jadły z apetytem chwaląc kucharkę na potęgę. Pierwsza przyszła synowa spacerkiem po pracy i zanim pojawił się mój syn na swoim kołowym wehikule zdążyłyśmy poplotkować.

Ostatni dotarł Piotrek, ale zastał nas już przy deserze. Wszystko czekało na niego w piekarniku więc nie miał gorzej od nas.

Kilka godzin śmiechu, bo wszyscy mamy podobne specyficzne poczucie humoru pojawiające się znienacka przy zwykłej wymianie zdań. Do tego doskonale czerwone wino, przyniesione przez syna. Ostatnia do kompanii dotarła po pracy Aga. I wtedy rozmowa wpadła w tematy książkowe.

Fantasy i klasyka. Nawet Harry Potter wjechał, bo nawet ja, nie kochająca tej dziedziny mam zaliczone wszystkie tomy.

I dalej była kupa śmiechu. Zamówiony Uber zabrał towarzystwo z domu wraz z kołowym wehikułem syna. Witek w przyszłym tygodniu wraca do pracy więc kulinarnie będę rozpieszczać Piotrka. Już wychodząc przymawiał się o cielęcinę. Taką jak ostatnio. 😀

Śmialiśmy się, że i babcia i wnuk zaczynają rok szkolny. Piotrek ostatni semestr magisterki, a ja w poniedziałek zajęcia na kursie języka włoskiego w wersji konwersacyjnej.

A jutro tematem niedzielnym będzie TRAUMA.

Do jutra.