Zdecydowanie dzień się skrócił. Tylko patrzeć, jak cofniemy zegarki i pojawią się ” długie wieczory”. Głównie jesienne, bo zimowe, to już będzie skok w dni dłuższe.
I, co tu robić? Iść spać wcześniej? A potem obudzić się w środku nocy i usiłować zasnąć, bo ciemno i za oknem nie ma jeszcze dnia. Nawet słońce śpi.
I tak sobie pomyślałam, że może każda z nas ma patent na tę jesienne wieczory.
A może mamy jakieś plany na ich zagospodarowanie?
Ja chyba zacznę tworzyć katalog moich książek. Katalog ebooków mam ułożony porządnie i znalezienie jakiejś pozycji nie stanowi problemu. Ale biblioteka domowa ? Książki w dwóch pokojach ( Aga ma swój księgozbiór u siebie). Na wszystkich możliwych miejscach i regałach ułożone podwójnie. Jak wiecie do teraz szukam ” Dzikiego tymianku „. Diabeł ogonem przykrył, albo komuś pożyczyłam i nie pamiętam.
Dlatego moje książki będę wrzucać w katalog, który już przygotował mi w excelu wnuk.
Tak są na półkach.
Z nazwą ” półka nad barkiem’, ” półka pod barkiem ” itp.😃
Obiad rodzinny w części syna przeniesiony, bo przyleciał zmęczony i Piotrek odwiózł go prosto do domu.
Ale wnuk swoją porcję zjadł tyle, że przed godziną obiadową. Przyjechał po dziesiątej głodny i stwierdził, że będzie jadł obiad tak szybko jak dam radę 😃 . Dałam radę i obiad jadł jako drugie śniadanie.
A nawet załamał się i zjadł ciasto ze śliwkami. Mamy nadzieję, że łakomstwa nie odchoruje.
Tak, że obiad w składzie Aga i ja też już zjedzony. Co zjem jutro z cielęciny z grzybami, to zjem, a może dzieci przyjdą jutro. Jeszcze się okaże. Jedzenia nie brakuje, bo ja nie umiem gotować na tak zwany ” styk”. 😃
A teraz mam po tym kuchennym kołowrotku dość. Kanapa, kocyk. W tle wiadomości, bo się dzieje.
I naturalnie książka. Trzeci tom Śmielak pod tytułem ” Miasto śmierci”.
Z zagadką z przeszłości. Miasto mi znane – Sandomierz, bo przez wiele lat mieszkał tam brat mojej mamy. Jako dziecko jeździłam tam z babcią. Tak, że sporo obrazów do mnie przemawia.
I dziś będzie ulgowo. I dla mnie i dla czytających. 😃
Znalazłam fajny tak myślę cykl z wiktoriańskiej Anglii ” Poradnik prawdziwej „. Czego tam nie ma , nawet afery kryminalne. Jest kilka tomów i pewnie wybiorę się na zakupy.
Postanowiłam trochę odpocząć przed czekającym kucharzeniem.
Przed dziesiątą pojechałam na targ, bo skrystalizował się plan jutrzejszego karmienia chłopaków. Synowa nie dojedzie, bo ma zaplanowane spotkanie z koleżankami.Tym bardziej muszę moim panom dać coś dobrego do zjedzenia. A synowej zapakować do pojemnika na kolację.
A dzisiaj na obiad będzie barszcz ukraiński, który bardzo lubimy. Specjalnie pojechałam na targ po buraki, bo w Netto nie było. Zabawa z barszczem jest taka, że u mnie w domu kroi się wszystkie jarzyny w paseczki. Poza ziemniakami – kostka i fasolką szparagową w kawałeczki. Żałuję, że nie mogę wrzucić wyciętych kości z karczku cielęcego. Mam w końcu wegetariankę na stanie.
Poza barszczem, którego będzie gar i może jeszcze zostanie na jutro planuję zrobić bitki cielęce w sosie ze świeżymi grzybami, które też kupiłam. To dla mnie, syna i synowej.
Ponieważ jest jeszcze Piotrek ze swoją dietą i zażyczył sobie ryż , to nie będę się rozdrabniać i ryż na sypko będzie dla wszystkich. Piotrek mięso z patelni grillowej. Jako jarzyna mizeria, a wnuk tarta marchewka z cytryną.
Tak, że jutro mam do zrobienia ryż , mizerię, marchewkę, mięso dla wnuka .
I zaraz rano upiekę ciasto ze śliwkami – węgierkami, które też przytaszczylam z targu.
Tak, że trochę kucharzenia mnie czeka. Dziś zrobiłam zakup dla siebie. Nowy wózek na zakupy. Czerwony, z kółkami ułatwiającymi wejście na schody. Drogi jak cholera, ale kto emerytowi zabroni. W końcu przyszła ” czternastka „.
Oplus_16908288
Nawet dwa lata gwarancji ma.
Jeszcze lustro do salonu 😃 i nowe firanki.
A teraz koniec relaksu. Odpoczęłam i idę gotować barszcz ukraiński według rodzinnego przepisu.
Dzisiaj miałam o 13- tej kontrolną wizytę u laryngologa z pakietu ubezpieczeniowego mojego wnuka. W sumie niezbyt daleko. Kiedyś mogłabym tam wybrać się dłuższym spacerem. Teraz jednak sprawdziłam autobus. Spod domu zresztą.
Miałam o 12.17. W sam raz, żeby spacerkiem dojść od przystanku autobusowego.
Czyli poranek zagospodarowałam książkowo. Skończyłam ostatni regał
oplus_34
i wiem, że w dużym pokoju nie ma „Dzikiego tymianku”. Ale to tylko może jedna trzecia moich papierowych książek.
Kiedy wychodziłam było jeszcze słonecznie. Potem mimo, że ciepło pozostało. słońca brak.
W międzyczasie zadzwonił Piotrek i chyba będę mieć w sobotę rodzinny obiad. W sobotę wraca syn i wnuk chce ojca odebrać z autobusu lotniskowego w Katowicach. Potem może przyjadą do mnie. Dla Piotrka zestaw dietetyczny z ryżem, ale my nie musimy się umartwiać. Skoro będą chłopaki, to zadzwonię po synową, żeby dołączyła. Jeszcze nie wiem, co ugotuję. Coś mi świta, ale jeszcze mgliście.
Przychodnia z laryngologiem jest prawie w centrum Chorzowa w pobliżu głównej arterii łączącej Katowice, Chorzów i Bytom. Po obu stronach biegnie szeroka aleja i jest nawet przy głównym przystanku podziemne przejście z windą.
Nawet nie wiedziałam o tych hotelach choć naturalnie sama dzielnica zwana ” na AKS- ie ” jest mi znaną.
Wizyta była zupełnie inna. Sympatyczna młoda pani doktor, której nie omieszkałam opowiedzieć o tamtej wizycie. Nie mam chorego języka, dziury w chrząstce przegrody nosowej, zaledwie drobne uszkodzenie z jednej strony i mogę spokojnie nosić protezki zębowe, które według poprzedniego mam zakładać tylko do jedzenia. 😀
Dostałam receptę na krople do nosa, do stosowania przez na razie dwa miesiące, zalecenie zrobienia testów na alergię. Wizyta następna pod koniec października. W przypadku wykluczenia alergii będzie kierować leczenie w kierunku zapalenia zatok, które jest dość długie.
Trudno świetnie.
A po wyjściu zjechałam dwa przystanki tramwajem do Rynku i odwiedziłam hrabiego Redena
oplus_34oplus_34oplus_34oplus_34oplus_34oplus_34
Zauważyłam, że nasza tężnia jest nieczynna. Ostatnio czytałam o tężniach, że rozsiewają zarazki.
I w takiej zadumie siadłam w kolejny tramwaj już do domu.
Dziś już sobie odpuszczę czyszczenie bloga z niepotrzebnych wstawek. I tak odzyskałam 3G. To z tym czym mam starczy na kilka lat, a może i dłużej.
A jakie? Takie jak dziś. Kiedy czuję się dobrze. Fizycznie. Co zaraz zaprocentowało. Może, to te porządki na blogu i tym samym zerkanie w bibliotece mediów na różne zdjęcia. A to owocuje natychmiastowym własnym wewnętrznym wideo.
Te fotki
zaprocentowały ślinotokiem – smakiem na pesce fritto. I wspomnieniem knajpki, zwyklej, do której jeździliśmy w piątki na ” pesce”. Tam był genialny kucharz.
No i z tęsknoty za włoskimi smakami wykorzystałam dwie cukinie schowane do lodówki, bo ponieważ Piotrek na diecie, a Aga wegetarianką jest odpuściłam sugo z cukinią. Bo potrzeba albo szynki, albo boczku.
Dziś zrobiłam cukinię z patelni grillowej.
oplus_34
Taką cukinię zalewa się oliwą czosnkową, albo czosnek + oliwa. Bardzo dobra do wszystkiego.
A teraz zabawa dla Was. Trafiłam na stare zdjęcie mojego ulubionego ” Polanu’. Jest na blogu milion zdjęć z tzw. ” dużego pokoju ” ostatnio nazywanego na przykład przez mojego wnuka 😃” salonem”😃, ale to jest unikatowe. Znajdzie proszę różnice lub te same elementy.
Oto zdjęcie najstarsze,
a to sprzed momentu.
oplus_34
Na mój dobry humor miała też wpływ grusza, która na mojej ulicy wciąż ma owoce, których nikt nie zbiera ku mojemu żalowi.
Pięknie kwitła, a teraz ma dużo gruszek.
A ja zupełnie o niej zapomniałam. Dziś pokazała mi się w pełnej krasie.
Do napisania tych wspomnień zainspirował mnie komentarz pani ze strony ” Kocham Chorzów „. Pani zapytała w kontekście rozpoczęcia roku szkolnego czy tyta jest konieczna i czy są jeszcze jakieś tradycje śląskie z tym związane.
Może zacznę od tego, że tyta naturalnie nie jest obowiązkowa, ale jest to tradycja. Każde dziecko, które szło po raz pierwszy do szkoły dostawało taki rożek ze słodyczami. Miało im to osłodzić szkolne obowiązki, bo pruscy nauczyciele bywali surowi i to bardzo.
Nauczyciele się zmienili, ale tyta pozostała.
Ja zamieszkałam na Śląsku w roku 1968, a mój syn poszedł do szkoły w 1976 roku. Już trochę wrosłam w Chorzów i wiedziałam, że muszę Witkowi taką tytę przygotować. I nie żadną oszukańczą, co zdarzało się w niektórych rodzinach. Tyta w większości wypełniona papierem lub jabłkami a na górze słodycze,
O, nie, mój syn musiał mieć tytę porządną wypełnioną dobrymi słodyczami od samego początku rożka. Śmialiśmy się, że tam musi być cukierek. I taką tytę przygotowałam. Jeszcze nie było wielkich problemów ze słodyczami zwłaszcza na Śląsku.
Są jeszcze w domu jakieś niedobitki fotek, bo przecież nie było komórek.
oplus_34oplus_34oplus_34
Wszystkie dzieci przychodziły się częstować z tyty mojego syna. Pamiętam, ze dużo było czekoladek z „Wawelu” z mieszanką krakowska na czele.
I przypomniałam sobie taką historię obrazującą stosunki ludzkie na Śląsku. Najlepszym kumplem z podwórka mojego syna był Adaś mieszkający w naszym bloku. Często do nas przychodził. I kiedyś zapytałam:
-Adasiu, masz już tytę?
-Mam proszę pani. Taką dużą z cukierkiem na końcu.
Spotkałam mamę Adasia i ponieważ czasem rozmawiałyśmy, powiedziałam:
-Słyszałam, że szykuje pani wielką tytę da Adasia.
-Ależ proszę pani, my nie jesteśmy STĄD, nie mam zamiaru hołdować takim zwyczajom.
Jednak mama się załamała i Adaś miał tytę. Tylko taką symboliczną. Maleńką.
Za 5.5 roku do szkoły poszła siostra Witka. I tu już nie bylo tak łatwo zapełnić tytę. Dużo wcześniej zbierałam łakocie, bo w roku 1981 to był czas pustych półek. Na szczęście pracowałam w „Społem” i znałam dużo kierowników sklepów. Ale do szkoły szło dużo dzieci. Uzbierałam, bo angażowali się wszyscy przyjaciele i babcie i moja córka miała tytę też zapełnioną od cukierka. I zrobione zdjęcia przez fotografa profesjonalistę. Są też fotki zrobione polaroidem w domu.
oplus_34oplus_34oplus_34oplus_34oplus_34
I przyszedł czas na tytę trzecią. Mojego wnuka. Tu już problemów z zawartością tyty nie było. Był rok 2001. Ale fotek nie mam. One są gdzieś w rodzinnym domu Piotrka, ale synowa nie znalazła pudełka ze zdjęciami. Będziemy szukać. Tyta Piotrusia, to był prezent ode mnie. Ciężka była i duża. Pamiętam taką scenę. Szłam z ta tytą do szkoły Piotrka. Nie była daleko. Był śliczny wrześniowy dzień, ale już taki jesienny.
MijaŁ mnie starszy pan, który uśmiechnął się i powiedział:
-O, jaka ładna uczennica idzie do szkoły.
Też się uśmiechnęłam i pamiętam to do dziś
Jak już jesteśmy przy wspomnieniach, to znalazłam taką ciekawostkę. Związaną z edukacją mojej córki.
oplus_34
I tyle wspomnień o rodzinnych śląskich tytach.
Ale zostajemy w klimacie szkolnym.
Dziś przejrzałam i odkurzyłam dwa kolejne regały.
oplus_34
I tam wpadła mi w ręce książeczka, która coś mi przypomniała.
oplus_34oplus_34oplus_34
A zaraz obok kolejne wspomnienie. Prawie muzealne. Z domowego muzeum
oplus_34oplus_34
I tak odrobiłam lekcję ze wspomnień dotyczących śląskiej tyty”.
To nic, że kalendarzowe lato kończy się za trzy tygodnie. Ostatnio usłyszałam, że 1 września zaczyna się jesień meteorologiczna.
I mnie to przekonuje. Bo teraz nawet jak będzie ciepło, to to ciepło jest inne. Właśnie takie jesienne.
A ja dziś od rana zajmuję się domem i papierkami w wersji ” przez Internet”.
Najpierw zajęłam się jednym regałem, gdzie wydawało mi się powinna być papierowa wersja ” Dzikiego tymianku”. No i wydawało mi się. Nie ma. Obawiam się, czy komuś nie pożyczyłam. Mam ebooka, ale moje trzecie dziecko czyta tradycyjnie.
oplus_34
Tu nie ma. Książki ułożone są podwójnie więc jest, co przeglądać. Może jeszcze przyjrzę jakiś kolejny. Albo jutro rano.
Na razie chyba jednak powieszę na balkonie pranie, bo jakoś tak jakby na deszcz się zbierało. Teraz widać słońce.
Troche czasu zajęło mi zalanie. Zadzwoniłam do Administracji i jak mi już wyjaśnili, co i gdzie, wypełniłam formularz zgłoszeniowy u ubezpieczyciela.
No i zobaczę, co dalej.
Na jutro wymyśliłam fajny wpis. Będzie nosił nazwę ” Trzy tyty”. Z fotkami.
Jednak brakuje mi zdjęcia wnuka z tytą. Dzwoniłam do synowej. Może ona znajdzie.
Trudny temat zaproponowany przez Magdez. Spróbujmy o tym porozmawiać.
” Chodzi mi po głowie jeszcze jeden temat, o powinnościach. Myślę o tym dużo w kontekście dziewczyn, które nie chcą mieć dzieci. I nie chodzi mi o to, żeby analizować dlaczego tak się dzieje, bardziej zastanawia mnie to, że dla osób z mojego pokolenia czy starszych, było to oczywiste, że będzie się miało dzieci. Wszystkie moje koleżanki brały ślub, a potem rodziły i nikt tego nie kwestionował. Tak się po prostu robiło, a teraz bywa z tym różnie i najczęściej tych dzieci nie ma.”
Rzeczywiście kiedy ja wychodziłam za mąż było, to właściwie równoznaczne z założeniem rodziny czyli pojawieniem się dzieci. Taki był klimat i wszelkie odstępstwa powodowały pytania rodziny, szepty i różne przypuszczenia.
Jako jedynaczka byłam raczej nastawiona na minimalizm w tej materii. Maksymalnie dwoje dzieci. Co zresztą los ułatwił. Najpierw pojawił się syn, a za 5,5 roku córka. I to i tak nie uchroniło mnie przed rozwodem. Ale decyzja o posiadaniu tylko dwójki dzieci była decyzją wspólną.
W małżeństwie po raz drugi oboje mieliśmy dzieci z pierwszych związków i nie czuliśmy potrzeby mieć własnych. Tu już moja decyzja przeważyła, ale została zaakceptowana.
Dlatego jak widzę teraz samotne dziewczyny, które nie czują instynktu macierzyństwa, który stanowczo jest przereklamowany nie mam im tego za złe. Do takiej decyzji naprawdę potrzeba stabilizacji, albo płomiennego romansu z konsekwencjami. Tylko medycyna teraz pomaga kobietom. Ale zawsze jest jakiś procent ryzyka.😃
Natomiast o ile na instynkt macierzyński patrzę sceptycznie, to uważam, że jest instynkt babciny.
A skoro pachnie ciastem, to znaczy, że wróciłam do życia. Naszła mnie ochota na zatapiane ciasto ze śliwkami. W końcu prawie jesień. Uporządkowałam dom, poskładałem pranie, które przezornie zebrałam z balkonu przed pójściem spać. Bo w nocy zapowiadali burze i deszcz. Burza u nas była w wersji mini mini. Coś tam zagrzmiało, ale za to lało solidnie. Jak szłam w południe do sklepu, to jeszcze były kałuże
Śliwek nie było. Myślałam o nektarynkach, ale w końcu trafiłam na maliny i piękne gruszki.
I tak za chwilę wyciągnę z piekarnika ciasto.
A poza tym, że czytam trzeci tom cyklu ” Na Miodowej ” Pisałam, że odzyskuję miejsce na zdjęcia na blogu. Dziś jeszcze jestem w roku 2020.
I przeglądając fotki otworzyłam kasetkę wspomnień.
Każde zdjęcie wywołuje konkretne wspomnienie. Wiem, gdzie i jak to było.
Kilka szczególnie moim zdaniem fajnych zrzuciłam na taki mini album wspomnień.
Właściwie mogłabym napisać jako tytuł ” ale ciało mdłe”
Po wczorajszym zalaniu wydawało mi się, że wszystko ogarnęłam. Ogarnęłam, ale dopiero dziś widać szkody.
oplus_34oplus_34oplus_34oplus_34oplus_34
Duży pokój, przedpokój i najbardziej łazienka. Piotrek już wie. No cóż, raczej się nie ucieszył, ale mówił, że jak syn wróci na przerwę w pracy zastanowią się jak to najlepiej ogarnąć. Na razie otwarty balkon i drzwi do łazienki i niech schnie.
A ja to wczorajsze zajście odczułam dzisiaj. To schylanie, wycieranie i latanie po schodach do sąsiadów. Tak, że dziś nawet łóżka nie zlikwidowałam i postanowiłam w nim odpoczywać. Nie na kanapo- otomanie, ale w łóżku.
Oczywiście nie cały dzień. Wstałam, włączyłam kolejną pralkę pełną ręczników, które w przystępie rozpaczy rzuciłam w pierwszym momencie na podłogi. Już się suszy to pranie na balkonie. Dobrze, że pogoda dopisała.
Zaczęłam czytać cykl Joanny Szarańskiej ” Na Miodowej”. Dobrze się czyta. Poza tym robię porządki na blogu i likwiduję fotki LM i różne memy. Wszystko po to, żeby odzyskać trochę miejsca na nowe zdjęcia. Własnych albumów włoskich nie ruszam. W ogóle żadnych zdjęć nie likwiduję poza tymi o których napisałam.
A teraz moja fobia na „opitolenie” włosów w pewnym wieku.
Internet wypluł mi taką stronkę z poradami.
” Mam 78 lat i od wielu dziesięcioleci noszę krótkie fryzury w kolorze blond. Ciekawa jestem,jak wyglądałabym w innych fryzurach i może kolorach. Bardzo Państwa proszę o jakieś propozycje. „