Dzień Bloga Otwartego

Temat podany przez Lenę. Napisała:

” Czy nie uważasz, że słowo trauma jest obecnie nadużywane? Ludzie piszą o traumach, bo ktoś na nich nakrzyczał, jak byli dziećmi, albo dostali za zimną kawę i kelner krzywo na nich patrzył.”

Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania.

A, co dokładnie oznacza słowo ” trauma”:

silna, trwała reakcja psychofizyczna na nagłe, przykre lub zagrażające życiu wydarzenie, które przekracza możliwości psychiki w zakresie radzenia sobie ze stresem.

No właśnie. Zdecydowanie uważam, że ludzie nadużywają tego słowa i reakcji, jaką one dla nich niesie .

Jak wiecie jestem z pokolenia tuż powojennego. Znałam i żyłam z ludźmi, którzy naprawdę przeżyli straszne czasy. I oni mieli prawo mówić o traumie. I tak było, chociaż osoby silnie psychiczne radziły sobie same. Nie była popularna pomoc psychologów. I ja też mam bardzo zdystansowane spojrzenie na tę pomoc, o czym wszyscy, co czytają mojego bloga wiedzą.

Ale patrząc na nowe pokolenia dochodzę do wniosku, że brak radzenia sobie z negatywnymi przeżyciami bierze się z braku więzi. I tych rodzinnych i tych przyjacielskich. Czy myślicie, że ja nie miałam trudnych przeżyć? Miałam i to nie jedno. Nawet odejście Vincenza, które stanowi bolesną zadrę nie namówiło mnie na pomoc psychologa.

Bo nie widzę potrzeby grzebania w moim życiorysie dla sytuacji bieżącej, która jest trudna, ale nie stanowi powodu, do tłumaczenia własnych negatywnych reakcji na inne sytuacje życiowe.

Ile tych straumatyzowanych osób przeżyło trzęsienie ziemi? A jednak rzadko mi się to przypomina. Co nie znaczy, że nie pamiętam. Gorszym wspomnieniem jest wieloletnia tułaczka po hotelach. Ale i to potrafiłam sama oswoić. Znaleźć w tym aspekt pozytywny. Mieszkanie nad morzem, wycieczki, spacery i piękno włoskiego krajobrazu. Brak codziennych czynności jak zakupy czy gotowanie, pranie i sprzątanie na dłuższą metę jest męczące. Wierzcie mi. Ale chodziliśmy po pchlim targu. Nazbierałam łabądków i drobiazgów porcelanowych. I powinny one kojarzyć mi się z tym trudnym okresem życia, ale nie. Stanowią odrębną radość, która skutecznie niweluje tamte chwile.

I jestem z pokolenia, które jak musi ” upuścić pary” ma przyjaciół, którym się wygada i ponarzeka. I często to spojrzenie z drugiej strony osoby bliskiej przywraca właściwe proporcje.

Dlatego, żal mi tych młodych ludzi, którzy wiodą życie uczuciowe poza realem. I nawet nie wiedzą, co tak naprawdę słowo ” trauma ” oznacza. Dla nich to słowo wytrych, który otwiera usprawiedliwienie dla postępowania. Bez właściwej oceny i stopnia przykrości.

A czasem wystarczy się z problemem przespać i uruchomić ” szare komórki”. Tylko często, te należy obudzić.

Zapraszam do komentowania.

Hu,hu,ha, jesień zła?

A, może normalnie, taki mamy klimat.😀.

Wczoraj koło dziesiątej wyszłam po ostatnią przesyłkę komfortowego spania do paczkomatu i po owoce do macedonii na obiadowy deser.

Od razu dostałam lodowatym wiatrem w twarz. Mimo, że ubrałam się cieplej, to raczej po tym poprzednim miłym jesiennym dniu nie byłam szczęśliwa, a wręcz przeciwnie.

Odebrałam też jesienny obrus, który miał inaugurację na wczorajszym obiedzie.

Moja synowa, kocha dynie w dekoracjach. Ja postawiłam tylko na obrus i białą porcelanę plus zielone chryzantemy.

Najbardziej lubię macedonię, z truskawkami. I wczoraj udało mi się kupić niewielki ich pojemnik. Poza tym były, borówki, maleńkie bezpestkowe winogrona, których nie musiałam przekrawać. Dwa rodzaje śliwek, jabłko, gruszka i banan. Te owoce już pokrojone w niezadrobną kostkę. Sok z cytryny i trochę wiśniówki. Naturalnie bita śmietana ubita w domu, a nie z kupnego pojemnika.

Wszystko wyszło świetne. Dzieci jadły z apetytem chwaląc kucharkę na potęgę. Pierwsza przyszła synowa spacerkiem po pracy i zanim pojawił się mój syn na swoim kołowym wehikule zdążyłyśmy poplotkować.

Ostatni dotarł Piotrek, ale zastał nas już przy deserze. Wszystko czekało na niego w piekarniku więc nie miał gorzej od nas.

Kilka godzin śmiechu, bo wszyscy mamy podobne specyficzne poczucie humoru pojawiające się znienacka przy zwykłej wymianie zdań. Do tego doskonale czerwone wino, przyniesione przez syna. Ostatnia do kompanii dotarła po pracy Aga. I wtedy rozmowa wpadła w tematy książkowe.

Fantasy i klasyka. Nawet Harry Potter wjechał, bo nawet ja, nie kochająca tej dziedziny mam zaliczone wszystkie tomy.

I dalej była kupa śmiechu. Zamówiony Uber zabrał towarzystwo z domu wraz z kołowym wehikułem syna. Witek w przyszłym tygodniu wraca do pracy więc kulinarnie będę rozpieszczać Piotrka. Już wychodząc przymawiał się o cielęcinę. Taką jak ostatnio. 😀

Śmialiśmy się, że i babcia i wnuk zaczynają rok szkolny. Piotrek ostatni semestr magisterki, a ja w poniedziałek zajęcia na kursie języka włoskiego w wersji konwersacyjnej.

A jutro tematem niedzielnym będzie TRAUMA.

Do jutra.

Zgodnie z planem

Wczoraj potwierdziłam spotkanie u kuzynostwa. O jedenastej. I tak też pojechaliśmy z synem.

Wcześniej poszłam na zakupy i do paczkomatu, po drugą dużą, to znaczy o wymiarach tradycyjnych 80/70 poduszkę. I wreszcie mam to co chciałam. Dwie duże poduchy i milion jaśków z jednym najważniejszym.

I zgodnie z zamiarem mój kolejny look 😃, bo dalej bardzo cieplo.

I nawet zrobiłam z tych dwóch zdjęć jedno. 😃 Taka zdolna jestem.

Spotkanie było super. Nasza kuzynka zbliżająca się do dziewięćdziesiątki we wspaniałej formie. I gdyby nie ten upadek byłaby pełnosprawna. Ale jest dużo lepiej. Z rehabilitantem ćwiczy chodzenie i nawet zeszła że schodów.

U mnie w domu jest dużo zdjęć rodzinnych ojca moich dzieci. I powiedziałam Wandzie, że następnym razem je przyniosę, bo ja wielu osób nie znam, a ona jest w rodzinnych koneksjach licznych zresztą bardzo mocna.

No i umówimy się z jej synem na brydża. Witek zapalił się do odwiedzenia ADA czyli raz w miesiącu spotkań w planetarium. A, co to jest ADA. Akademia Dojrzałych Astronomów. Nasze chorzowskie Planetarium jest przepiękne, a mojego syna interesują gwiazdy. 😊 To panowie sobie pooglądają wspólnie kosmos.

Wróciłam do domu i zaczęłam przygotowania do jutrzejszego obiadu. Baranina zabajcowana i mam pomysł na deser. Będzie włoska macedonia. Jutro kupię rano owoce, jakie będą i pewnie rum. Bitą śmietanę zrobię do niej sama

A syn zamówił marchewkę gotowaną z czosnkiem i koperkiem. Zrobię dziś, żeby się przegryzła, a koperek dodam jutro. Ziemniaczki też wymyśliłam. Pokrojone w ćwiartki ziemniaki obgotuję, a potem obtoczone oliwą i rozmarynem dopiękę w piekarniku.

A dziś tylko to, co konieczne. Muszę złapać formę.

Do jutra.

.

Środa minie, tydzień ginie

I to prawda. Jest już popołudnie środowe. Mój dzień dzisiaj odpoczynkowy. I rodzinny. Skończyłam kilka prac domowych. Trochę jeszcze przede mną, bo jak to w domu, praca nigdy nie ma końca.

A rodzinnie? Przyjechał na swoim kołowym ustrojstwie syn na pogaduchy i różne opowieści. Równocześnie zadzwonił wnuk więc czuję się absolutnie rodzinnie dowartościowania.

Zresztą taki będzie ten koniec tygodnia. Umówiłam w ramach podtrzymywania kontaktów rodzinnych wizytę u naszej wiekowej już kuzynki i jej syna. To też wspaniały mężczyzna. Ponieważ jest singlem opiekuje się mamą. Mieszkają razem. Obojga bardzo lubię. Jak również mój syn. Ale czas nas pozbawił kontaktów, które najwyższy czas przywrócić. Nie ukrywam, że będę namawiać R. na brydża, bo gra na poziomie mistrzowskim. Ale to tak przy okazji.

Nawiasem mówiąc, to rodzina że strony mojego męża po raz pierwszy. Cały czas mam z tą częścią rodziny świetny kontakt. A ponieważ kuzynka niestety też ma jakiś problem po upadku i przychodzi do niej jak do babci Cesi rehabilitant dwa razy w tygodniu więc my z synem ich odwiedzimy. I bardzo się z tego cieszę. Bo rozmowa przez telefon, to nie to samo.

A w piątek rodzinna baranina i nawet Piotrek też przyjedzie.

Czyli koniec tygodnia rodzinny . Muszę jeszcze jutro upiec coś dla łasuchów. Myślę o murzynku. Nie mam zamiaru zmieniać nazwy z uwagi na nie przemyślność.😃 I może jeszcze lody. 😃 Zawsze moja ulubiona marka.

Do odbioru w paczkomacie mam kolejną poduszkę i jednak wyjdę po nią i na zakupy jutro rano. Z synem umówiłam się na wpół do jedenastej.

A dziś książka i już kocyk.

Do jutra.

Wtorkowa mieszanka

Pogoda taka, że nawet mnie zaczęło ciągnąć na dwór czyli na pole jakbym dawniej powiedziała. Ale, że nie lubię chodzić bez celu, to miałam cel. Moje zastrzyki z kwasem hialuronowym. Niezły wydatek. Dlatego wczoraj sprawdziłam w Internecie jakie są ceny. Najtaniej znalazłam 229,- . Ale, że na giełdzie pod gabinetem ortopedycznym słyszałam, że najtaniej, o czym świadczy często nawet kolejka pod nią i tę kolejkę na własne oczy widziałam jest apteka ” Słoneczna”. to zadzwoniłam. Zastrzyki były i w cenie rzeczywiście najniższej 199,90.

W zeszłym roku płaciłam w innej aptece 250,- za jeden. A muszę wziąć trzy.

Zamówiłam telefonicznie zadowolona, że jestem 150,- złotych do przodu.

Pojechałam. Naprawdę było pięknie. Nawet nasza opustoszała Wolności dawniej deptak chorzowski w słońcu odzyskała wdzięk. Z czasem doceniam jej ławeczki wokół latarni.

Ta żółta reklamówka, to moje zakupy, bo wehikułu dziś nie brałam. Niedawno pomyślałam, że zjadłabym taką kaszankę z grubą kaszą. Nie nasze śląskie ” krupnioki”, bo te już kilkakrotnie kupowałam. I nagle w witrynie mijanego sklepu mięsnego kartka:

” Dziś w sprzedaży kaszanka z grubą kaszą na patelnię”.😃

Oczywiście zaraz mnie tam wessało i pewnie na kolację ją sobie usmażę.

Zastrzyki kupiłam. 600,- stów nie moje.

Trudno świetnie.

Bardzo drogie to moje kolano. 27 października mam zamówioną wizytę u ortopedy.

Byłam jeszcze na targu i kupiłam renglody, ogromne śliwki do nich podobne, pomidory i koperek. Zajrzałam do sklepu z pościelą i dokupiłem kolorowe poszewki na jasiek.

Potem tylko tramwaj i tam fajna stylówka jak to mówicie.

Krótkie spodenki i bluzeczkę miała białą, bo dojrzałam przód. Bardzo mi się podobała ta dziewczyna.

A pod moim domem nasz skwerek w jesiennym anturażu.

Na koniec mój pomysł, żeby założyć album rocznika 1947 czyli ja u schyłku życia. Bo jakby nie patrząc nie wiem ile mi jeszcze zostało i w jakiej formie.

Znalazłam fajny naszyjnik. O wpisie z kuferkiem naszej biżuterii pamiętam. Mam zdjęcia od Marii i Magdy. Muszę jednak złapać wenę na ten temat.

To strzeliłam sobie selfie, żeby ten naszyjnik pokazać.

A za ciosem seria dzisiejsza. 😃 Do albumu 1947.

Z ukochaną torebką w łabędzie.

I to wszystko.

Do jutra.

Wkręciłam się w kołowrotek domowy

I to tak solidnie. Wczoraj załadowałam wehikuł osobisty w kolorze czerwonym, którego jeszcze nie ochrzciłam butelkami do butelkomatu przy Netto. Miałam paczkę w paczkomacie, bo kupiłam sobie porządną poduszkę z pierza i taki sam jasiek. Mam dość tego czegoś, co wypełnia poduszki. A ja muszę mieć poduchy do zapadania w nie.

No więc wymyśliłam, że do wehikułu jak oddam butelki wejdą poduszka, a może nawet i jasiek. Bo karton naturalnie zaraz wyrzucę.

I niestety. Niedziela, a butelkomat pelen. I tak dobrze, że jeszcze trochę miejsca było i jasiek do wehikułu wlazł. Miałam jeszcze porządną dużą siatkę, to jakoś się pozbierałam z tymi zakupami i butelkami. Nawet miałam moment, żeby je zostawić pod tym zjadaczem butelek, ale nie 6,- złotych to 6,- złotych. 😃

A dzisiaj zrobiłam kipisz w butach. A mam tego mam. Te które nadają się na nadchodzącą porę roku przesunęłam do przodu. Dobrze, że mam te pojemniki na buty z Ikei. Sprawdzają się. Za to sandałki i takie letnie obuwie poszło głębiej. A, że musiałam nawet drabiny używać, to trochę to trwało. Potem odkurzanie, pranie. Wieszanie na balkonie. I zrobiła się czwarta, a wehikuł stał, jak wyrzut sumienia w przedpokoju.

A więc postanowiłam pójść; oddać butelki i zrobić zakupy. A, że nadszedł czas na takie fajne butki, jakie wyciągnęłam na te jeszcze ładne dni, to zrobiłam fotki.

Za to, z rozrzewnieniem spojrzałam na ulubione szpilki, które wpadły mi w ręce. Chyba ich już nie założę, a żadna z rodzinnych dziewczyn nie ma mojego rozmiaru.

Dziś szczęśliwie butelkomat działał i udało mi się wszystkie butelki wrzucić.

A do domu kupiłam sobie takie dziwne kwiatki. To są chyba chryzantemy, bo i zapach i liście na to wskazują.

Ale nigdy takich nie widziałam.

A teraz koniec kołowrotka. Noga z pedału i kanapa. Zaraz będzie u redaktora Szubartowicza Andrzej Seweryn.

Do jutra.

Dzień Bloga Otwartego

Nie mam pojęcia co zaproponować w dzisiejszą niedzielę. Podpowiadajcie na przyszłe niedziele.

A ponieważ oglądałam trochę jesiennej mody, to trochę zdjęć skopiowałam. Z nowości zauważyłam wykorzystanie męskich krawatów.

Pewnie Wasi panowie mają ich mnóstwo, a noszą kilka ulubionych. To reszta może Wam się przydać.

Widzę też powrót pereł.

Ale najpierw kolory i fryzury na jesień 2026. I oczywiście kolory. Wraca rudy we wszystkich odcieniach.

Tagli e Colori Autunno 2026. Toni Caldi e Tagli scalati | Liuzzi Hair Style

https://share.google/f6xuj8HpldndcoZyv

I nasz jesienny żurnal.

Zapraszam.

Do jutra.

Twarz Wokulskiego

Czyli osobiste gorące odczucia po zobaczeniu nowej ekranizacji ” Lalki”.

Jak pisałam pojechałyśmy z synową prawie na poranek, bo na godzinę 12- tą. Wcześniej posiliłyśmy się w galerii solidną porcją tortu, ja kajmakowego, a M. truflowego. Całe kino dla nas, bo na tę godzinę za wielu widzów nie było.

Z rozrzewnieniem wspominałam czasy przedseansowe z Kroniką Filmową. Teraz blok reklamowy i nawet zwątpiłam czy będzie film.

Ale byl. I mogę tylko napisać. WSPANIAŁY!!!

Na pewno wejdzie do kanonu filmowej klasyki polskiej. Byłam pewna, że Jerzego Kamasa w roli Wokulskiego nikt nie przebije. A jednak Dorociński wdarł się szturmem do mojego serca. Zresztą była plejada naszych wspaniałych aktorów. Genialna Maja Komorowska jako prezesowa Zaslawska . Genialna Krystyna Janda jako hrabina Joanna ciotka Izabeli. Genialna Maria Dębska jako pani Wąsowska. Genialni Marek Kondrat, Andrzej Seweryn, Jan Englert i właściwie powinnam zamieścić całą listę aktorów. Nie było słabych ról. Izabeli dodano trochę rozumu.😀

Oto link do obsady :

https://www.filmweb.pl/film/Lalka-2026-10057628/cast/actors

Całość spójna, z przepięknymi zdjęciami i cudowną muzyka w tle. A nawet w dialogach czuć było Prusa i jego humor. O kostiumach nie mówiąc. Wyglądały naturalnie. Były noszone przez aktorów jak codzienne stroje. To sztuka, żeby nie było widać, że to jest kostium filmowy

To był film, jak wyczytałam w jednej z recenzji na miarę nominacji do Oskara. Potwierdzam. Trzy godziny bez zerkania na zegarek.

Wszystkim razem i każdemu z osobna mówię:

-Idźcie na nową ekranizację ” Lalki” Bolesława Prusa. To była ta ” Lalka”, która przynajmniej u mnie zostanie długo w pamięci.

Do jutra

Bez fotek, mało tekstu

Za to dziś trochę mojego realu. A zwłaszcza obiadu z Piotrkiem. W końcu po to kupiłam tę cielęcinę.

Przedpołudniem pojechałam do Parku Pamięci, bo po kilku słonecznych i ciepłych dniach należało podlać mini jesienny ogródek, który z uczuciem pielęgnuję dla mojej mamy i Vincenzo.

A potem wessała mnie kuchnia. Cielęcina była przepyszna. Uduszona niestety bez czosnku. Grube plastry karczku cielęcego z kością z solą, pieprzem i peperoncino obtoczone w mące i obsmażone na maśle. A potem powolutku duszone we własnym sosie do miękkości.

Tym razem z ziemniaczkami i dla Piotrka ulubiona tarta marchewka z cytryną i oliwą.

Po obiedzie zamiast kawy kieliszek z zamrażalnika z limoncellą.

Pośmialiśmy się i jak zwykle było super. I wiecie, co jest w tym najfajniejsze? To, że Piotrek po obiedzie nie tylko zaniesie do kuchni naczynia, ale je jeszcze włoży do zmywarki. Tak dobrze wychowała swojego jedynaka moja synowa.

A my właśnie z synową jutro idziemy na Lalkę do kina i bardzo się z tego cieszę.

Do jutra.