A, co dzisiaj

Dzisiaj, nadal chłodno, chociaż nie wiało, kiedy wyszłam na zewnątrz. Miałam coś dla siebie, czyli zamówiony pedicure. Pożegnałam korowe paznokcie u stóp. Niech odpoczywają od hybrydy w pełnym obuwiu. Umówiłam się na poniedziałek na uregulowanie brwi i hennę. Jakoś tę jesień muszę sobie pocieszyć.

A jak już byłam w okolicy mojego gabinetu kosmetycznego, to zaplanowałam pójście na targ. Stąd zabrałam ze sobą mój wehikuł zakupowy.

Aga chciała gruszki, a ja kupiłam też zieloną fasolkę szparagową, jedne, pewnie z ostatnich ogórków na małosolne, bo dawno nie miałam i mi tęskno. 😀

Dołożyłam cztery dorodne kanie na nasz dzisiejszy obiad.

Niestety dalej muszę podpierać się nimesilem, bo uaktywnił się też mój osobisty nerwoból.

Ale już się zbieram do dalszego dnia.

A wczoraj przyszła kupiona przeze mnie lampka na komodę.

Zakochałam się w niej. Idealnie wpasowała się do wazonu w kształcie łabędzia. Naturalnie lampka też jest prześlicznym łabędziem.

Podobno nadchodzi ” złota polska jesień’

I wtedy już na pewno zakończę porządki czyli okna. Nowe firanki czekają.

A, żeby rozpoczęcie sezonu jesiennego było pełne kaloryfery grzeją.

Wracam do Poradnika prawdziwej damy …. tom trzeci.

Do jutra.

Kiepski dzień

Czasami tak się kumuluje. Przede wszystkim bolą mnie kolana i to tak, że musiałam się podeprzeć prochami. Bo musiałam wyjść na zamówiony pedicure.

I tu mam nauczkę, żeby sprawdzać, co się wbiło w aplikację . A wszystko zrobiłam jak zawsze zmieniając tylko pedicure hybrydowy na zwykły. Dostałam potwierdzenie, przypomnienie. Data i czas się zgadzała, a po przyjściu okazało się że mnie w rozpisce nie ma. Sprawdzam. Pisze jak byk, że dziś i o 11.30. Tylko, że czekają na mnie w gabinecie we … Wrocławiu.

Trudno świetnie. Nagrałam się pani z Wrocławia z przeprosinami. A jutro mam ten pedicure o 10- tej.

Odebrałam z paczkomatu dwie przesyłki i mimo, że starałam się podjeżdżać jak najbliżej celu miałam problem wsiąść do tramwaju. Bo akurat przyjechał nie ten niskopodłogowy.

SKS w całej rozciągłości.

Tak, że dziś już nic nie kombinuję. Czekam, aż poczuję się lepiej.

Ucieszyłam się bardzo, ze moja Koalicja Obywatelska podskoczyła o przeszło dwa punkty do góry.

Tak wygląda nowy sonday.

Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, wygrałaby je Koalicja Obywatelska z wynikiem 30,9 proc. – wynika z sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej” w dniach 18 i 19 września 2026 roku na grupie 1070 respondentów. To wynik o 2,8 p.p. lepszy niż w badaniu z poprzedniego miesiąca.

I przypominam, że mój blog to :

Do jutra.

Dlaczego boimy się radykalnych cięć

My jako naród, my jako opcja rządząca.

A konkretnie? A konkretnie marzy mi się Marszałek Józef Piłsudski. I nie dlatego, że u mnie w rodzinie panował jakiś kult Marszałka. Zdania co do jego osoby były podzielone. Moi rodzeni dziadkowie jeden autentyczny, a drugi jego rodzony brat dziadek wujeczny, różnili się w ocenie Piłsudskiego. Brat dziadka był piłsudczykiem i zrobił w wojsku karierę. Mój osobisty dziadek wystąpił z wojska po wojnie bolszewickiej i poświęcił się i to dosłownie obowiązkom rodzinnym. Miał trochę inne spojrzenie na politykę sanacyjną.

A dlaczego o tym piszę. Bo coraz bardziej doceniam rządy silnej ręki. A to w kontekście odwołania wizyty w Stanach vice- premiera Kosiniaka- Kamysza

Kilka dni temu chyba u red.Fijolka przewinęła się jeszcze plotka, że prawica zabiega w Stanach o przedłużanie formalności związanych z zainstalowaniem stalej bazy amerykańskiej w Polsce. Żeby ta decyzja ostateczna nie zapadła za rządów premiera Tuska.

I bęc wczoraj odłożenie wizyty vicepremiera. Nic dziwnego, że kropki się połączyły szczególnie kiedy zostały zacytowane słowa niejakiego Bielana, o którym mam jak najgorsze zdanie.

Bielan o TK: Obawiam się, że kiedy dowie się Trump, będzie za późno

Do sytuacji w Trybunale Konstytucyjnym odniósł się w poniedziałek na antenie Telewizji Republika europoseł PiS Adam Bielan.

– Ja się obawiam, że kiedy Trump dowie się o tym, co się dzieje w Polsce, to będzie już za późno – powiedział deputowany do PE.

– Temu może towarzyszyć bardzo brutalna decyzja dla nas np. o wstrzymaniu budowy bazy i pełną odpowiedzialność będzie ponosić za to Tusk – dodał.”

I właśnie po tych słowach zamarzył mi się Marszałek. I jego Bereza Kartuska chociaż, to brzmi strasznie.

Jednak jeżeli to nie plotka,a tylko straszenie Trumpem to pachnie zdradą i kłania się Trybunał Stanu.

Napiszę szczerze, że nie mogę od wczoraj przejść nad tym do porządku. Wszystko inne zeszło na dalszy plan.

A ślepota narodu przybiera straszliwe rozmiary.

Do jutra.

Ciepłe dni zostały za progiem lata

A u mnie deszczowo i solidny spadek temperatury. Co prawda w tym momencie zaświeciło słońce, ale temperatura to zaledwie 13 stopni. Od czternastej znów ma się rozdeszczyć . Mnie też złapał deszcz. Wyszłam do sklepu bez parasola. Na szczęście miałam kaptur i zaliczyłam pierwszy prawie jesienny deszcz.

Zawierzyłam prognozie i zabrałam z balkonu szczawika, który nie lubi temperatury poniżej 10 stopni. Ale w sobotę było pięknie. Aga zrobiła na balkonie porządek, a ja zrobiłam sobie pierwsze jesienne fotki. I kto wie czy nie ostatnie.

Chociaż zapowiadają ku mojej radości ciepły początek października. ” Złota polska jesień”.

Zapraszam do albumu balkonowego już w odsłonie ” nadchodzi jesień”.

Odnowiłam zapas lekarstw i solidnie mnie skasowano.

Niestety jednak niektóre biorę jako stałe medykamenty.

Trudno świetnie.

Ta zmiana klimatyczna miała też swój wkład w moją bezsenność. Dopadł mnie ból nogi od mojego felernego kolana i miałam ochotę odkręcić sobie nogę i odstawić do kąta. Wstałam, wzięłam coś przeciwbólowego, wysmarowałam kolano i całkiem się rozbudziłam. A tu głęboka noc. Na szczęście czytam już drugi tom z rewelacyjnej serii ” Poradnik prawdziwej damy „. Epoka wiktoriańska, ale jak lekko i zabawnie się to czyta. Zaleta tłumacza. Cały czas jak czytam mam tzw. banana na twarzy. Wysłałam nawet do mojej córki, bo jak jej kawałek przeczytałam wyraziła chęć przeczytania.

Cudownie odstresowuje i polecam gorąco.

I na dokładkę każdy tom ma w tle zagadkę kryminalną 😀.

Wracam więc w czasy bezinternetowe, które wcale nie były nudne

Do jutra.

Dzień Bloga Otwartego

I skoro Azalii zamarzył się temat o trendach jesiennych, to pierwsze, co się nasuwa, to naturalnie moda na sezon jesień/ zimą 26.

I, co ja mogę zrobić. Musiałam przywołać na chwilę włoską Lucię Modną. A jak włoska moda, to postanowiłam znów skupić się na ulubionej przez nas Luisie Spagnoli. Może dlatego, że jej firmowe kolekcje są dostępne w Polsce. W firmowych sklepach. I choc nie wybrałam się realnie na spacer po Ascoli, ale świat wirtualny mi to umożliwił.

I zapraszam do naszego żurnala mód.

Ale najpierw zwrócę uwagę na te trendy.

1.Wracają szerokie, rozkloszowane spódnice.

2. Paski wciąż na topie.

3. Bardzo ładny pomysł. Otóż nosimy w tym sezonie rękawiczki i golfy w tym samym ciekawym kolorze. Raczej mocnym kolorze harmonizującym z płaszczem czy kostiumem. W przypadku kurtki już takiego efektu nie będzie. Kurtka przekieruje ten akcent w stronę aranżacji sportowej, a z płaszczem czy kostiumem to będzie prawdziwa jesienna czy zimowa elegancja.

To teraz zapraszam do żurnala.

I jeszcze o kolorach. Brakuje mi zieleni i mało jest czerwieni. Natomiast jest fiolet i róż i pojawił się piękny szary.

To teraz czas na Wasze komentarze.

Dom w astrach

Są takie rzeczy, za które lubię jesień. Głównie za kolory i astry. Są to moje ulubione jesienne kwiaty.

Wczoraj moja synowa przyniosła mi ogromny bukiet astrow. Zostały wstawione prowizorycznie do wazonu, a dopiero dziś ogarniając dom po wczorajszym spotkaniu włożyłam je, oskubane z dolnych listków do dwóch wazonów.

Na stole wciąż króluje bukiet z wczorajszego obiadu.

Dawno nie było tak udanego kilkugodzinnego posiedzenia rodzinnego. Byli wszyscy moi najbliżsi. Syn z trzecim dzieckiem czyli synową, Piotrek mój jedyny, ale za to jakościowo bezkonkurencyjny wnuk i naturalnie moja córka. Obiad wyszedł kulinarnie bez najmniejszej wpadki. Baranina super. Już w komentarzu pisałam, że jak nie syn, to synowa jedli i mówili:

-Mamciu, to jest przepyszne

Miseczki z deserem zostały dosłownie wylizane, a wolną porcję Piotrka, który niestety gruszek nie może jest kolektywnie przyznaliśmy synowi. W końcu jest chyba po mnie największym łasuchem. Ale w tym wypadku odstąpiłam mu palmę pierwszeństwa.

Z pewnością powtórzymy obiad z innym menu, bo Włosi mają rację, że nic tak nie łączy rodziny jak pyszne jedzenie. Wspólne. Do tego dobre wino.

Była prośba o przepis na gruszki w szodonie.

Oto fotki z mojej książki ” Polskie smaki i włoskie przysmaki”. Książka pełni i dla mnie książkę kucharska, co widać po jej zużyciu. 😃

A jesień widać też w Parku Pamięci, w którym byłam przedwvzoraj.

I wiecie co?. Jest mi łatwiej. Potrafię się tam uśmiechnąć opowiadając jakieś detale z mojego życia, choć wiem, że Vincenzo nadal jest w moim pobliżu.

I uśmiecha się z wielu zdjęć w moich niezliczonych albumach.

Cóż, così è la vita.

Do jutra.

Zanim na dobre się rozkręcę

Mam takie lekarstwo, którego bardzo nie lubię, bo narzuca mi zakaz półgodzinnego położenia się. A bierze się go na czczo i rano. Czyli tak pół godziny muszę się kręcić bez kawy czyli jak zombi, 😃 po domu wynajdując sobie zajęcia.

Dziś akurat miałam czym się zająć, bo popołudniu obiad rodzinny w wersji eleganckiej. Trzeba przewietrzyć obrus i rozłożyć stół. Pewnie koło południa nakryję do stołu, to fotka będzie.

A wracając do zajęć porannych, które musiałam zrobić na stojąco, to naszpikowałam baraninę po wyjęciu z marynaty i w żeliwnej brytfance wstawiłam do piekarnika. I teraz będzie chwila prawdy, czy to był młody czy stary baran.

Do tego będzie ryż na sypko i trzy rodzaje tartej marchewki. Jedna z jabłkiem na życzenie Agi , druga z chrzanem dla wszystkich poza Piotrkiem i ta dla niego tylko z cytryną.

No i na deser te gruszki w szodonie według przepisu mojej babci.

Tylko gruszek nie mam i muszę po nie wyjść. Oby były w Netto. Gatunek obojętny. 😃

I jakieś białe wino do szodonu muszę kupić.

A teraz idę zobaczyć moje pranie na balkonie, bo za czorta nie chce wyschnąć.

Stół nakryty w 80%, bo to co do jedzenia wjedzie w salaterce – ryż, na półmisku – pieczeń barania i salaterki z surówkami.

A na końcu miseczki z gruszkami w szodonie.

Gruszki kupiłam i już są ugotowane z goździkami i cynamonem. Do wgłębienia włożę konfiturę ananasową. A potem poleję gorącym szodonem.

Surówki gotowe. Zaraz włączę wodę na ryż, bo gotuję jak makaron. W dużej ilości wody i wtedy jest idealnie sypki. Po odcedzeniu masło i zielenina.

Pierwsza przyjdzie synowa, bo wraca z paznokci, a potem po kolei chłopaki.

To idę działać z gruszkami.

Do jutra.

Tytułem informacji

Żeby był wpis codzienny jak zawsze, ale minimalistyczny.

Wessało mnie życie rodzinne. A teraz jestem zmęczona, chociaż nie bardzo wiem czym.

Chyba muszę się wybrać do kardiologa. Coś czuję, że mam kłopoty z krążeniem.

Ale tak to bywa w tym peselu.

Widzimy się pojutrze, kolejny obiad rodzinny pod znakiem barana.😃

Dylematy kulinarne

Mam dylemat. Zgodnie z informacją otrzymaną w sklepiku mięsnym na targu pojechałam po tę ewentualnie baraninę. Dość późno, bo ranek jakoś mi się rozłaził czasowo. Niby coś tam zrobiłam, ale mgła, a potem szarość za oknem skutecznie mnie spowolniła.

Ale jak obiecałam dzieciom tę baraninę, to kobyłka u płotu. Zabrałam mój wehikuł targowy czy zakupowy i pojechałam. Uprzednio popatrzyłam na termometr za oknem. Było 18 stopni. Włożyłam długą spódnicę z żorżety pasującą do lekkich sportowych butów i do tego płócienną kurtkę. Okularów słonecznych nie brałam. A jednak zrobiłam błąd. Nagle dzień się rozsłonecznił i zrobiło się bardzo ciepło. Najbardziej mi brakowało okularów, bo te moje oczy tego wymagają.

Kupiłam baraninę. Piękny kawałek pieczeniowy. Zaprzyjaźniłam się z paniay że sklepiku i wymieniłyśmy się telefonami. Będę dzwonić i pytać o to, co mnie interesuje, zamawiamy i potem odbierać bez obawy, że brakuje.

A jak kupiłam, to teraz pojawił się dylemat. Czy zrobić pieczeń z całego kawałka zamarynowanego albo jak mówiła moja babcia zabajcowanego, czy zrobić jakiś rodzaj pilawu.,

Zajrzałam do biblioteczki , w której sporo miejsca zajmuje zbiór książek kucharskich. Sporo odziedziczyłam po mamie. I właśnie ta książka stanowi moje źródło natchnienia przy baraninie.

Jeżeli lubicie baraninę, to może gdzieś można tę pozycję kupić. Nieoceniona.

I tak postanowiłam uzgodnić z synem, co ma być z tego kawałka, a potem podejść do tego kulinarnie.

To dzwonię do syna. Acha i jeszcze muszę powiesić pranie, bo pięknie świeci słońce.

Do jutra.

Nowy tydzień się zaczął

U mnie spokojnie. Aga w domu na urlopie, a ja jak zwykle rano kawa z czymś słodkim, a kiedy kroplówka zacznie działać porcja leków. Krople do nosa w atomizerze dają dobry rezultat. Czyli laryngolog laryngologowi nie równy.😃

A, że poza wyjściem do paczkomatu nie miałam żadnych planów oglądnęłam pierwszy odcinek z nowego sezonu ” Na dobre i na złe”. Nie zaliczyłam w dniu edycji, bo godzina koliduje z moimi programami politycznymi.😃

Jest, co prawda powtórka w sobotnie popołudnie, ale akurat w sobotę i wczoraj były u mnie dzieci czyli syn z synową.

Witek zrobił niespodziewany prezent synowej. Kupił jej rower składak. Nieduży idealny do bagażnika samochodu. Oni czasem teraz jadą do Doliny Trzech Stawów w Katowicach, gdzie jest świetna trasa rowerowo- rolkowa. Aga jeździ tam na rolkach. Syn i synowa też jeżdżą, z tym, że synowa teraz na rowerze, a syn na swoim kole jak nazywa to swoje ustrojstwo.

I właśnie w sobotę i w niedzielę odkryli ścieżkę rowerową do mnie od swojego domu. Zajmuje im to około 2O minut.

I dlatego dziś chcąc być na bieżąco odpaliłam laptop i naładowałam słuchawki. Dawno ich nie używałam przy tym moim nowym telewizorze, który jak się okazało dostałam też jako bezokazyjny prezent od dzieci.

Trochę pogrzebałam przy kwiatach w moim pokoju. Skrzydłokwiat po przesadzeniu ma już dwa kwiaty, a pieniążki posadzone osobno tylko w towarzystwie pnącza też czują się świetnie.

Żaden z kwiatów się na mnie za to przesadzenie nie obraził, a wręcz przeciwnie widać, że im to odpowiada.

Poszłam do paczkomatu i odebrałam zamówione rzeczy. Zawsze, bo mam obok na skwerku ławkę, rozpakowuję dostawy. Wyrzucam do kosza pudełka i kartony opakowania. Zawartość przekładam do wózka i nie mam bałaganu w domu. I tak zrobiłam. Potem mini zakupy i powrót do domu.

A na moim skwerku urokliwy jesienny krzew.

Teraz wgram sobie na Kindle wiktoriańską serię, bo skończyłam czytać kryminał Diany Brzezińskiej. Będzie zmiana klimatu.

Do jutra.