Dom w astrach

Są takie rzeczy, za które lubię jesień. Głównie za kolory i astry. Są to moje ulubione jesienne kwiaty.

Wczoraj moja synowa przyniosła mi ogromny bukiet astrow. Zostały wstawione prowizorycznie do wazonu, a dopiero dziś ogarniając dom po wczorajszym spotkaniu włożyłam je, oskubane z dolnych listków do dwóch wazonów.

Na stole wciąż króluje bukiet z wczorajszego obiadu.

Dawno nie było tak udanego kilkugodzinnego posiedzenia rodzinnego. Byli wszyscy moi najbliżsi. Syn z trzecim dzieckiem czyli synową, Piotrek mój jedyny, ale za to jakościowo bezkonkurencyjny wnuk i naturalnie moja córka. Obiad wyszedł kulinarnie bez najmniejszej wpadki. Baranina super. Już w komentarzu pisałam, że jak nie syn, to synowa jedli i mówili:

-Mamciu, to jest przepyszne

Miseczki z deserem zostały dosłownie wylizane, a wolną porcję Piotrka, który niestety gruszek nie może jest kolektywnie przyznaliśmy synowi. W końcu jest chyba po mnie największym łasuchem. Ale w tym wypadku odstąpiłam mu palmę pierwszeństwa.

Z pewnością powtórzymy obiad z innym menu, bo Włosi mają rację, że nic tak nie łączy rodziny jak pyszne jedzenie. Wspólne. Do tego dobre wino.

Była prośba o przepis na gruszki w szodonie.

Oto fotki z mojej książki ” Polskie smaki i włoskie przysmaki”. Książka pełni i dla mnie książkę kucharska, co widać po jej zużyciu. 😃

A jesień widać też w Parku Pamięci, w którym byłam przedwvzoraj.

I wiecie co?. Jest mi łatwiej. Potrafię się tam uśmiechnąć opowiadając jakieś detale z mojego życia, choć wiem, że Vincenzo nadal jest w moim pobliżu.

I uśmiecha się z wielu zdjęć w moich niezliczonych albumach.

Cóż, così è la vita.

Do jutra.

Zanim na dobre się rozkręcę

Mam takie lekarstwo, którego bardzo nie lubię, bo narzuca mi zakaz półgodzinnego położenia się. A bierze się go na czczo i rano. Czyli tak pół godziny muszę się kręcić bez kawy czyli jak zombi, 😃 po domu wynajdując sobie zajęcia.

Dziś akurat miałam czym się zająć, bo popołudniu obiad rodzinny w wersji eleganckiej. Trzeba przewietrzyć obrus i rozłożyć stół. Pewnie koło południa nakryję do stołu, to fotka będzie.

A wracając do zajęć porannych, które musiałam zrobić na stojąco, to naszpikowałam baraninę po wyjęciu z marynaty i w żeliwnej brytfance wstawiłam do piekarnika. I teraz będzie chwila prawdy, czy to był młody czy stary baran.

Do tego będzie ryż na sypko i trzy rodzaje tartej marchewki. Jedna z jabłkiem na życzenie Agi , druga z chrzanem dla wszystkich poza Piotrkiem i ta dla niego tylko z cytryną.

No i na deser te gruszki w szodonie według przepisu mojej babci.

Tylko gruszek nie mam i muszę po nie wyjść. Oby były w Netto. Gatunek obojętny. 😃

I jakieś białe wino do szodonu muszę kupić.

A teraz idę zobaczyć moje pranie na balkonie, bo za czorta nie chce wyschnąć.

Stół nakryty w 80%, bo to co do jedzenia wjedzie w salaterce – ryż, na półmisku – pieczeń barania i salaterki z surówkami.

A na końcu miseczki z gruszkami w szodonie.

Gruszki kupiłam i już są ugotowane z goździkami i cynamonem. Do wgłębienia włożę konfiturę ananasową. A potem poleję gorącym szodonem.

Surówki gotowe. Zaraz włączę wodę na ryż, bo gotuję jak makaron. W dużej ilości wody i wtedy jest idealnie sypki. Po odcedzeniu masło i zielenina.

Pierwsza przyjdzie synowa, bo wraca z paznokci, a potem po kolei chłopaki.

To idę działać z gruszkami.

Do jutra.

Tytułem informacji

Żeby był wpis codzienny jak zawsze, ale minimalistyczny.

Wessało mnie życie rodzinne. A teraz jestem zmęczona, chociaż nie bardzo wiem czym.

Chyba muszę się wybrać do kardiologa. Coś czuję, że mam kłopoty z krążeniem.

Ale tak to bywa w tym peselu.

Widzimy się pojutrze, kolejny obiad rodzinny pod znakiem barana.😃

Dylematy kulinarne

Mam dylemat. Zgodnie z informacją otrzymaną w sklepiku mięsnym na targu pojechałam po tę ewentualnie baraninę. Dość późno, bo ranek jakoś mi się rozłaził czasowo. Niby coś tam zrobiłam, ale mgła, a potem szarość za oknem skutecznie mnie spowolniła.

Ale jak obiecałam dzieciom tę baraninę, to kobyłka u płotu. Zabrałam mój wehikuł targowy czy zakupowy i pojechałam. Uprzednio popatrzyłam na termometr za oknem. Było 18 stopni. Włożyłam długą spódnicę z żorżety pasującą do lekkich sportowych butów i do tego płócienną kurtkę. Okularów słonecznych nie brałam. A jednak zrobiłam błąd. Nagle dzień się rozsłonecznił i zrobiło się bardzo ciepło. Najbardziej mi brakowało okularów, bo te moje oczy tego wymagają.

Kupiłam baraninę. Piękny kawałek pieczeniowy. Zaprzyjaźniłam się z paniay że sklepiku i wymieniłyśmy się telefonami. Będę dzwonić i pytać o to, co mnie interesuje, zamawiamy i potem odbierać bez obawy, że brakuje.

A jak kupiłam, to teraz pojawił się dylemat. Czy zrobić pieczeń z całego kawałka zamarynowanego albo jak mówiła moja babcia zabajcowanego, czy zrobić jakiś rodzaj pilawu.,

Zajrzałam do biblioteczki , w której sporo miejsca zajmuje zbiór książek kucharskich. Sporo odziedziczyłam po mamie. I właśnie ta książka stanowi moje źródło natchnienia przy baraninie.

Jeżeli lubicie baraninę, to może gdzieś można tę pozycję kupić. Nieoceniona.

I tak postanowiłam uzgodnić z synem, co ma być z tego kawałka, a potem podejść do tego kulinarnie.

To dzwonię do syna. Acha i jeszcze muszę powiesić pranie, bo pięknie świeci słońce.

Do jutra.

Nowy tydzień się zaczął

U mnie spokojnie. Aga w domu na urlopie, a ja jak zwykle rano kawa z czymś słodkim, a kiedy kroplówka zacznie działać porcja leków. Krople do nosa w atomizerze dają dobry rezultat. Czyli laryngolog laryngologowi nie równy.😃

A, że poza wyjściem do paczkomatu nie miałam żadnych planów oglądnęłam pierwszy odcinek z nowego sezonu ” Na dobre i na złe”. Nie zaliczyłam w dniu edycji, bo godzina koliduje z moimi programami politycznymi.😃

Jest, co prawda powtórka w sobotnie popołudnie, ale akurat w sobotę i wczoraj były u mnie dzieci czyli syn z synową.

Witek zrobił niespodziewany prezent synowej. Kupił jej rower składak. Nieduży idealny do bagażnika samochodu. Oni czasem teraz jadą do Doliny Trzech Stawów w Katowicach, gdzie jest świetna trasa rowerowo- rolkowa. Aga jeździ tam na rolkach. Syn i synowa też jeżdżą, z tym, że synowa teraz na rowerze, a syn na swoim kole jak nazywa to swoje ustrojstwo.

I właśnie w sobotę i w niedzielę odkryli ścieżkę rowerową do mnie od swojego domu. Zajmuje im to około 2O minut.

I dlatego dziś chcąc być na bieżąco odpaliłam laptop i naładowałam słuchawki. Dawno ich nie używałam przy tym moim nowym telewizorze, który jak się okazało dostałam też jako bezokazyjny prezent od dzieci.

Trochę pogrzebałam przy kwiatach w moim pokoju. Skrzydłokwiat po przesadzeniu ma już dwa kwiaty, a pieniążki posadzone osobno tylko w towarzystwie pnącza też czują się świetnie.

Żaden z kwiatów się na mnie za to przesadzenie nie obraził, a wręcz przeciwnie widać, że im to odpowiada.

Poszłam do paczkomatu i odebrałam zamówione rzeczy. Zawsze, bo mam obok na skwerku ławkę, rozpakowuję dostawy. Wyrzucam do kosza pudełka i kartony opakowania. Zawartość przekładam do wózka i nie mam bałaganu w domu. I tak zrobiłam. Potem mini zakupy i powrót do domu.

A na moim skwerku urokliwy jesienny krzew.

Teraz wgram sobie na Kindle wiktoriańską serię, bo skończyłam czytać kryminał Diany Brzezińskiej. Będzie zmiana klimatu.

Do jutra.

Dzień Bloga Otwartego

Tak jak zaproponowałam, porozmawiajmy sobie, o tym czym dla nas jest RODZINA.

I właściwie wystarczyłaby ta piosenka z Kabaretu Starszych Panów

Wydaje mi się, że ta definicja, o podstawowej komórce społecznej 😃 nijak się ma do naszego postrzegania rodziny. Swojej rodziny. Ale o tym przekonamy się dopiero z wiekiem. A przecież o tym jacy jesteśmy decyduje właśnie ta rodzina. I chociaż będąc młodymi ludźmi wydaje nam się, że to często jest nasza kula u nogi, zwłaszcza w czasach buntu młodzieżowego, to z chwilą kiedy sami stworzymy własną rodzinę zaczynamy szanować wartości w jakich nas wychowano. I nie tylko szanować, ale i powielać.

Ja miałam to szczęście, że mimo niepełnej rodziny ( bez mojego ojca ) nigdy tego nie odczułam. Może dlatego, że byłam pierwszym pokoleniem powojennym i brak mężczyzny w rodzinie nie był czymś rzadkim. Za to miałam przedwojenną babcię ze wszystkim tym o czym teraz ja mogę będąc babcią opowiadać mojemu wnukowi. Jak ja będąc podlotkiem zazdrościłam mamie i babci, że wychowywały się w tamtych czasach. Dopiero będąc już dorosłą, dowiedziałam się, że te opowieści były filtrowane na mój użytek. Babcia przeżyła dwie wojny, mama jedną. Jednak wśród wojennych opowieści dużo było śmiesznych wręcz humorystycznych zdarzeń. Bo tak działa czas. To tak jak z czasami szkolnymi. Po latach pamiętam je w nostalgicznym anturażu. Staram się teraz nadrobić czas kiedy rodzina była daleko. I mimo, że zawsze były rozmowy, odwiedziny, to jednak inaczej jest, kiedy najbliżsi są na wyciągnięcie ręki.

I chcę, żeby mnie zapamiętali tak jak ja pamiętam moją babcię i mamę. Dlatego coraz mocniej cementuję te nasze codzienne kontakty. Opowiadam, gotuję, co kto lubi i po prostu jestem. Dla nich.

Zaoraszam.

Czas rodzinny

Nic tak nie cementuje rodziny jak wspólne posiłki. Tak robiła moja babcia, dla której wspólna Wigilia czy nawet bez powodu spotkanie przy kolacji czy obiedzie było ważne.

Kiedy sama jestem w wieku mojej babci doceniam to, że zaszczepiła we mnie taki sposób pojmowania rodziny. Pobyt w Italii nie pozbawił mnie tego, a wręcz spotęgował. Bo tam takie rodzinne biesiady to norma.

Dlatego jak tylko mogę karmię moich bliskich i przyjmuję zamówienia na to, co sobie wymyślą.

Wczorajszy obiad zakończył się wielkim sukcesem. Był to obiad w stylu codziennego obiadu włoskiego. Ta deska na stole, to pod garnek z zamówionym przez syna daniem ” pasta con polpettine”. Żadne wazy czy salaterki. W swoim włoskim domu miałam wielowymiarowe wysokie patelnie w których w zależności od ilości osób przygotowywałam sugo . I potem do tego sugo wkładałam pastę czy spaghetti. I po wymieszaniu stawiałam na tej desce na stole.

Moja patelnia i rondle uważałam za niewystarczające, żeby dobrze wszystko połączyć. Stąd stanął na niej garnek z pokrywką. Kiedy robiłam fotkę pasta jeszcze się gotowała, a potem zapomniałam zrobić zdjęcie.

I większość jest domowo. Tak jak na włoskim codziennym obiedzie. Nie żadnym uroczystym. Stąd parmezan w słoiku, bo ja nie posypuję ani pasty, ani spaghetti i nie wiedziałam czy moje dzieci mają to po mnie czy nie.

Salata też czekała w kuchni na doprawienie i podanie po zjedzeniu dania głównego.

Na stole jest jeszcze taki mały pakiecik. To kromeczki chleba na małym talerzyku zabezpieczone przed wyschnięciem. Bo na koniec obowiązkowa ” scarpetta” czyli wytarcie chlebem pozostałego na talerzu sugo.

To obowiązkowa tradycja włoska i stąd zawsze na stole znajduje się chleb.

W Ancarano już przy stole Raniero jako pan domu kroił chleb i dawał każdemu kromkę. Kiedy nakrywając do stołu zapomniałam o chlebie, zaraz słyszała głos Vincenzo:

-Lucia, manca pane.( brakuje chleba ).

To teraz nie zapomniałam 😃

A teraz, skąd mój syn, znał tę potrawę czyli ” pasta con polpettine „. Zapytałam i dowiedziałam się, że nigdy nie jadł, ale w czytanych książkach o mafii włoskiej przewijała się ta potrawa.

I tak ” pasta con polpettine ” w moim domu dostała nazwę” danie mafijne ” 😃

Dziś na obiedzie był Piotrek. Babcia ugotowałam kolejny raz ryż na sypko z koperkiem i masłem, a do tego steki cielęce z patelni grillowej. Piotrek tarta marchewka z cytryny, a ja z renglodami kupionymi na targu. Lubię do mięsa owoce. Mandarynki do wątróbki, brzoskwinie z puszki do schabu lub a la Vincenzo z krążkami jabłka.

Wnuk nakarmiony. Posiedział, skusił się na ciasto ze śliwkami. Wypił kawę, którą mimo, że potrafi woli, żeby zaparzyła mu jego la nonna. I tak oprócz ” cocco di mamma” powstało powiedzenie ” cocco di nonna”. A dziś kiedy szłam na targ urzekł mnie taki jesienny obrazek koło domu.

Jutro nasze pogaduchy. Jaki temat? Może jak cementujemy naszą rodzinę. Czy jest to dla nas ważne. Czy mamy jakieś swoje zwyczaje.

Do jutra.

Mamo, ludzie nas chwalą

To ja się chwalę. Bo nie ma mnie, kto pochwalić. A moja babcia słusznie mówiła, że garnki mnie kochają. Od mniej więcej 8.30 do 11.30 kręciłam się w obrębie kuchni. Najpierw obrałam śliwki i przygotowałam blachę do pieczenia. Potem starłam w malakserze resztę parmezanu, który przywiozłam z Ascoli. I nastawiłam sugo. Sugo im dłużej pyrka w garnku jest lepsze więc sobie powolutku gotowało się do przeszło jedenastej. Przygotowałam mięso mielone z dodatkiem parmezanu poza normalnymi dodatkami i zabrałam się za przygotowanie małych kuleczek do sugo. Bo w karcie dzis ” pasta con sugo con polpettine”.

I potem był czas ciasta ze śliwkami.

Zanim wyjęłam ciasto z piekarnika wrzuciłam kuleczki do sosu, pogotowałam chwilę i wyłączyłam gotowy sos do makaronu, a właściwie „pasty.” A ” pasta będzie do wyboru przez syna. W końcu | cocco di mamma”. 🙂

Pogadałam z Piotrkiem, który zadzwonił na pogaduchy, Opowiedziałam mu dwa frywolne dowcipy. Pośmialiśmy się i jutro przyjdzie na wczesny obiad do babci. Będę chciała kupić mu cielęcinę. Pojadę więc rano na targ. I może jeszcze te baraninę dostanę i zamarynuje na kolejny rodzinny obiad.

Jeszcze muszę przygotować sałatę na włoski model. Insalata mista.

Wszystko wrzucę teraz do miski, a cytrynę i oliwę jak przyjdą dzieci. Kto chce może cytrynę na ocet balsamiczny zamienić.

Do tego doskonałe czerwone wino. Do wyboru, a może i obydwa. 😀

I teraz mogę zacytować:

” Samochwała w kącie stała i wciąż tak opowiadała:

Zdolna jestem niesłychanie …. „

A, co, nie?

Do jutra.

Jesienny zapach liści

Tak pachniał mój dzisiejszy poranek. W nocy zgodnie z prognozą pogody temperatura zleciała na łeb, na szyję. O 15 stopni. Potem zaświeciło słońce i troszeczkę się ociepliło. Zgodnie z planem poszłam na zakupy i właśnie wtedy po nocnym deszczu czułam namacalnie jesień w powietrzu. Tak pachną mokre jesienią liście, których już sporo leży na trawnikach.

Odwiedziłam butelkomat i mimo, że czasami zwracał butelkę Bóg wie dlaczego, udało mi się wsadzić otworowi do gardła wszystkie. Tylko czy ten butelkomat musi być taki czarny? Zakupy zrobiłam pod kątem jutrzejszego obiadu z synem i synową. Kupiłam do wazonu astry ciut przywiędłe, ale może dojdą do siebie. Kocham astry i to dopiero pierwsze które były w sprzedaży w okolicy.

Miałam jeszcze do odebrania w aptece zamówione lekarstwo od laryngologa i to z kuracji przeciw osteoporozie.

W domu coś tam zrobiłam i czekałam na syna, który miał mnie wesprzeć podczas oględzin rzeczoznawcy od szkód. Syn przy okazji powiesił moje lustro nad komodą. Bo ta wnęka po telewizorze nie podobała mi się strasznie.

Przyniósł też prezent od synowej kupiony dla mnie na pchlim targu, na którym była z koleżankami. Miseczka z Włocławka. Od razu Witek ją powiesił.

Znalazła się w towarzystwie innych z tej gamy kolorystycznej. Przeciwległa ściana jest zarezerwowana dla Włocławka niebieskiego.

Pan rzeczoznawca przyjechał punktualnie. Porządnie wszystko zmierzył i opisał i powiedział nam, czego mam się spodziewać. Bardzo sympatyczny jegomość.

A co będzie dalej, zobaczymy, bo jest kilka sposobów załatwiania sprawy przez ubezpieczyciela.

Pozamykałam większość okien i uruchomiłam kocyk. Odpoczywam, bo noc miałam kiepską. Muszę na jutro od rana być w formie. Nawet kolejne ciasto ze śliwkami zaplanowałam. Jak szaleć, to szaleć.

I tyle wiadomości dobrych i zarazem zwyczajnych

Do jutra.

Idzie zmiana

Zmiana pogody i niestety nie na lepsze. Spada ciśnienie, bo chce mi się spać. I kto wie czy nie dopadnie mnie zaraz drzemka. Ale część planu wykonałam. Wyprasowałam wszystko i pudło w szafie jest puste. Część już w szafie, a reszta czeka na odparowanie po prasowaniu.

Tym razem ciuchów było niewiele. Pościel, ręczniki, obrusy i firanki. Właśnie jedne podwójne firanki już schowałam, a te nowe przewieszone przez fotel czekają na czyste okna.

I może nawet bym się za nie zabrała, za te okna w dużym pokoju, bo firanki mnie kręcą, ale dzień wciąż jest taki słoneczny, że mycie okien nie jest najlepszym pomysłem. Poczekam na brak słońca. Wszak mrozu nie będzie.

I nagle poczułam, że jestem tak śpiącą, że powieki mi same opadają.

Jutro rano muszę zrobić zakupy na piątek. Nasze Netto dorobiło się butelkomatu więc przy okazji zabiorę te, których też mam cały pojemnik. Między 12 – 13 ma przyjść rzeczoznawca. Syn podpowiedział mi, żeby napisać do AI i tak zrobiłam. Zdjęcia też zamieściłam i sporo wiem o tym, co rzeczoznawca powinien mi przedstawić i plus minus kwota odszkodowania.

Czytam trzeci tom Agnieszki Krawczyk cyklu ” Ogród zdrad” z klimatem lat trzydziestych XX wieku. A ja lubię takie książki.

Może drzemka postawi mnie na nogi, bo kawy się boję. Już za późno.

To do jutra.