Jak kania wody

Czekam na te zaznaczone w prognozie pogody chmurki z deszczem. Najlepiej z solidną burzą. Bo po takim okresie suszy i upale tylko burza odświeży powietrze i być może zniweluje burzowe nastroje.

Zaraz idę na wizytę do ZA. V. znów szaleje od rana. Nie ma o czym pisać. Atmosfera pełna napięcia. Ja wzięłam na luz blues.

Kończę ROD ” Morele” i zaraz zajrzę jakie mam kontynuacje poprzednich serii. Bo kilka z pewnością jest.

Może taka izolacja od wspólnego chodzenia jaką w tej chwili stosuję ( V. myśli, że on robi mi na złość zostawiając mnie w spokoju :D. ) przyniesie odmianę.

Znowu mam przed oczami wagę z plusami i minusami. Wciąż te plusy przeważają.

Jest dokładnie tak jak w tym powiedzeniu:

– To wszystko z nudów Wysoki Sądzie. – Oczywiście te nudy nie dotyczą mnie.

Już po wizycie. Niestety tylko ortopeda i infiltracja czyli nasmarowanie moich łopatek. I zanim mnie ta przyjemność albo zaszczyt dostąpienia wizyty u ortopedy spotka mamy brać, bo i V. ma jakieś artretyczne problemy przeciwzapalne i przeciwbólowe przez 10 dni. Potem przerwa miesiąc i kolejne 10 dni. Aż się doczekam ortopedy.

Czyli muszę się zaprzyjaźnić z kolejnym bólem. Na mapie pogody na laptopie wiadomość, że deszcz wkrótce. Nawet godzina jest podana . Gdzieś tak w okolicach czwartej popołudniu. Kciuki trzymam za tę zmianę pogody. I żeby, to nie było kilka kropel, a takie solidne lanie przechodzące w spokojny deszcz.

To są marzenia człowieka, którego mimo, że nie narzeka upal nadwyrężył fizycznie.

A z ciekawostek taki naprawdę prawdziwy artykuł. Polecam cały, chociaż zacytowany fragment jest bardzo ważny i sama się na sobie o tych niuansach przekonałam.

No właśnie. To ten fragment

Ciao” może cię zgubić

Jednym z najczęstszych błędów popełnianych przez cudzoziemców przyjeżdżających do Włoch i przekonanych, że znajdują się wśród beztroskich, miłych południowców, jest mówienie do każdego „ciao”. Tyle że „ciao”to odpowiednik angielskiego „hi”, czyli „cześć”. O ile w Stanach Zjednoczonych bez problemu można powiedzieć „hi”do osoby, której się za dobrze nie zna, o tyle we Włoszech nie powinno się tego robić. „ciao” koresponduje z poufałym „tu”(„ty”). Jeśli zwykle używa się bardziej formalnego „Lei”, odpowiednim powitaniem, w zależności od pory dnia, jest „buongiorno”(„dzień dobry”) lub „buonasera” („dobry wieczór”). Istnieją przy tym regionalne wariacje — to jeden z wielu charakterystycznych znaków, po których Włosi rozpoznają obcych. W niektórych regionach można na przykład zamiast „buonasera” usłyszeć „buon pomeriggio”. Gdzieś pomiędzy „ciao” i bardziej formalnymi powitaniami należy umieścić formę „salve”, którą stosujesz, gdy brak ci pewności, w jakim stopniu zażyła jest twoja relacja z daną osobą. Jeśli będziesz zbyt swobodnie używać słowa „ciao”, prędzej czy później usłyszysz oschłe „salve”, a może nawet lodowate „buongiorno”lub „buonasera”. Będzie to lingwistyczny odpowiednik zimnego prysznica, znaczący mniej więcej tyle: „Stop. Nie jestem twoim przyjacielem, więc nie traktuj mnie tak, jakbym nim był”.

https://podroze.wprost.pl/10768702/wybierasz-sie-na-wakacje-do-wloch-uwazaj-na-zwykle-ciao.html?fbclid=IwAR2yM9wubd9pm3kPdRw8nypRtwsn46H3HMvmzZhC8BCQCqI9NN02oOr6w30

Mamy kolejną fale covida, co widać. U ZA obostrzenia. Lekarz za szkłem i odległość od pacjentów. Maseczki były cały czas, ale ZA teraz też zamaskowany. Jeden z przesiadujących na placu panów, który rządził i dlatego V. zaprzestał kontaktów plotkarskich ( dwa podobne charaktery nie mogą przebywać blisko) zachorowali. Ciekawe, co z jego sporą codzienną świtą. I jak dobrze, że V. nie przesiadywał z nim już dłuższy czas.

Tylko patrzeć, jak znowu sklepy będą w strefie masek, bo transport miejski jest cały czas.

I z czego tu się cieszyć.

To tylko dziś :

W kuchni …

https://www.facebook.com/rricette/videos/991255881557456/

https://www.facebook.com/5minutowesztuczki/videos/597026331713029/

I piosenka… wciąż jeszcze Natasza Zylska i moje dzieciństwo… jeszcze nie młodość. 😀

Do jutra. Być może deszczowego. Ach… rozmarzyłam się.

Monotonnie, bo nad morzem

I może jeszcze byłoby jako tako, bo wiała w miarę chłodna bryza, gdyby V. już po rozpoczęciu jazdy nie zaczął swoich manipulacji, krytyk i niezadowoleń. Gdyby tak zachowywał się rankiem nigdzie bym nie pojechała. I wiem, że on to specjalnie wytrzymał, do momentu wyjazdu. A potem to był koszmarny dzień na plaży. Upał totalny i jego humory. Co prawda latał sam, ale te jego miny i to mruczenie i złośliwość, która wyzierała każdym porem. No cóż jak się nie je, bo jeszcze trzy kilogramy, to człowiek nie tylko nie ma sil, ale jest zmierzły.

-A idź ty w buraki. – Pomyślałam.

Gorzej, że tych buraków nie ma w okolicy. Dziś nawet na plaży nie było wiele osób. Za gorąco. A na to wszystko nakłada się całkiem spory już księżyc. Wczoraj go dostrzegłam nad głową.

Pewnie i wieczór będzie do luftu. Nie mam zamiaru łagodzić atmosfery. Niech leci na spacer sam. Ja jutro idę do ZA na dwunastą w południe. Zobaczymy, co powie.

A wczoraj ugotowałam sobie makaron z sosem z zielonym groszkiem. Zawsze mimo stwierdzenia, że ON nie je gotuję więcej. I co, wyjadł na zimno wszystko, co zostało.

A jak już w takich nieciekawych domowych tematach jestem, to zauważyłam nie tylko w Internecie, ale i w tv szaleństwo porad domowych z wykorzystaniem naturalnych składników.

I tak sobie pomyślałam, że może czasem się i one sprawdzają, ale wcale nie są tanie. W porównaniu do detergentów. Na przykład podobno łatwe czyszczenie piekarnika. Przez godzinę pieczenie trzech cytryn. Cytryny nie najtańsze plus gaz lub elektryczność. A pasta do zębów tak namiętnie pokazywana jako środek do czyszczenia. To ja przepraszam wolę mimo to np. Cif.

Przecież V. zawału by dostał, gdyby piekarnik chodził godzinę w ramach pieczenia cytryn, z których żadnego pożytku by nie było.

A upal rządzi.

Dlatego przytoczę zabawną opowiastkę z kraju cytrusów.

Przystanek Italia

 #ciekawostkizziemiwłoskiej

We Włoszech panują niezwykłe upały, stąd ludzie siedzą w domach i podglądają innych. Nie wszyscy, co prawda, ale pewien spostrzegawczy sąsiad bardzo się zaniepokoił, gdy zobaczył, że do domu na przeciw wchodzi ktoś nieproszony. Zadzwonił więc do właściciela, który właśnie jechał do pracy, a ten, zaniepokojony, ponformował policję. Karabinierzy pojawili się niezwłocznie na miejscu, po czym odkryli, że żadnego włamania nie było, a rzeczony złodziej to kochanek pani domu.

Gdy amant zobaczył policję, wypadł całkiem nagi przez okno i mogłabym napisać, że tyle go widziano, ale to nieprawda. Sprawa się rypła i podwójne życie temperamentnej żony wyszło na jaw. Okazało się, że kochanka poznała w necie i od jakiegoś czasu się z nim spotykała. Gdyby nie sąsiedzi i przyjazd policji, nadal mogliby sobie umilać czas, a tak całe miasteczko dowiedziało się o internetowym kochanku. Karabinierzy pojechali, nie spisując nikogo, bo doszli do wniosku, że mąż i żona powinni sobie sami wszystko wyjaśnić. Czy tak było, nie wiem, lecz jedno jest pewne – mąż na pewno wolałby przyłapać w domu złodzieja. Tak czy siak, nic nie stracił, a jednak stracił bardzo wiele. I tylko stali bywalcy okolicznego baru mogą być zadowoleni, bo teraz przez lata będą mieli o czym gadać. Uważni sąsiedzi to prawdziwy skarb!”

A teraz Kącik LM

W Poradniku PPD

https://www.facebook.com/5minutowesztuczki/videos/361518832717384/

W kuchni formowanie ciasteczek

https://www.facebook.com/5minutowesztuczki/videos/1052942995424786/

i desery

https://www.facebook.com/5minutowesztuczki/videos/3398708393693556/

Piosenka Nataszy Zylskiej

I mamy też „Tygiel z Internetem „

https://luciadruga.blogspot.com/2022/07/tygiel-z-internetem-5-lipca-2022-r.html

Do jutra.

W przeciągu

Żyjemy w ciągłym przeciągu. I myślę, że ten przeciąg spowodował naruszenie zwojów mózgowych V.. zachowuje sie od soboty okropnie. Znowu ma humory, pretensje do mnie i całego świata właściwie o wszystko.

Zaczęłam stosować metody opuszczania jego towarzystwa kiedy staje się nie do zniesienia. Wczoraj zostawiłam go na zamkowym wzgórzu i wróciłam do domu. A wieczorem nie poszłam na drugą część konkursu na piazza Arringo. Na tym zamkowym wzgórzu były zorganizowane urodziny jakiegoś dzieciaka z teatrzykiem jako atrakcją. I V. usiłował mnie zmusić do oglądania tego spektaklu. Ja już nie zdziecinniałam jak on i takie imprezy bez udziału rodzinnych dzieci a obcych raczej mnie denerwują niż bawią.

W sobotę też wydziwiał, ale, że miałam ochotę zobaczyć konkurs żąglowania banderami, to poszłam sobie sama i dobrze sie bawiłam.

A to taki misz- masz renesansowych zabaw w Ascoli/

Wcześniej eksperymentalnie nakręciłam w poziomie próbę. I widzę, że też tak mogę, bez problemu z odwracaniem filmu.

Od soboty w Ascoli rządzi już Quintana. Oficjalnie z magistratu wyszły poczty sztandarowe poszczególnych naszych ekip. A są to: Porta Solesta, Porta Maggiore, Porta Romana, Porta Tufilla, Piazzarola i ekipa S’Emidio.

Pewnie i w tym tygodniu będą rozbrzmiewać sygnały Quintany.

Jak widzicie dzieje się sporo i byłoby miło i sympatycznie gdyby V. pozbierał do porządku te zwoje mózgowe. W sumie jeżeli jutro będzie nadal obrażony i humorzasty nad morze nie pojadę i bardzo się z tego ucieszę, bo ma być jutro nie tylko czerwony alarm, ale uderzenie maksymalne upału. Wczoraj było dobrze powyżej 40 stopni. I nie sam upal dokucza, ale niesamowita wilgoć. Ja egzystuję na prochach, bo rano nie umiem ruszać ani rękami ani nogami i na dodatek powrócił nerwoból. Katar uważam za zakończony. I próbuje umówić się do ZA.

Zaczęłam drugi tom historii, której akcja osadzona jest w ROD ” Morele”.

Pozytywny akcent obrazy V. jest taki, że pomyłam wszystkie podłogi kiedy wybył sam na zewnątrz. On nie rozumie, że to nie jest dla mnie żadna złośliwość z jego strony, a wręcz przeciwnie. 😀 Proszę częściej.

W domu się odświeżyło. Żeby rankiem nie dopadały mnie te bóle mięśniowe, to i z prasowaniem bym się uporała.

Wczoraj była LM, to dziś ją sobie darujemy.

W kuchni natomiast:

https://www.facebook.com/saporitotv/videos/1211870129581812/

I jeszcze sztuczki kulinarne :

https://www.facebook.com/5minutowesztuczki/videos/992476434764802/

I piosenka Nataszy Zylskiej.

Do jutra.

Pracowita sobota

Oczywiście już o dziewiątej odbyliśmy rundkę. Nie wiadomo dlaczego targ sobotni z placu zniknął i jak ktoś coś chciał, to musiał jechać kawał drogi na piazza Immacolata. gdzie jest drugi nawet większy. V. popsioczyli, bo ascolańczycy nie lubią zmian. Tym bardziej, że bez żadnej racji stanu.

Zaliczyliśmy pocztę i pogawędki na placach. V. spotkał kuzynostwo i z mężem kuzynki wdał się w dyskusję. Żadna z nas nie miała szans docisnąć się ze swoim zdaniem. Obaj nadawali jak nakręceni. Spotkaliśmy jeszcze naszą przyjaciółkę i w końcu odwiedzimy ją jutro po obiedzie. Taki plus z tej rannej przebieżki.

Upal trwa do nadal, ale w Ascoli można w centrum przemieszczać się cienistymi i w miarę chłodnymi uliczkami, Wąskie uliczki i wysokie kamieniczki nie dopuszczają słońca.

Wróciliśmy do domu, gdzie mistrz zarządził gotowanie sago z tych kości, które kupiliśmy wczoraj.

Idealne na ragu pomidorowe. Na tych kościach po trybowaniu zostaje sporo mięsa i dlatego są sprzedawane popaczkowane w kilogramowe tacki. Kości są pocięte na wygodne kawałki. I teraz zaczyna się zabawa.

Jeżeli komuś chce się zagotować kilka słoiczków włoskiego ragu, to zapraszam do kuchni. Tym razem własnej.

Na pewno wiele osób pamięta mój żółty garnek.

No, ale gotujemy sugo.

Kości wrzucamy do garnka i bez wody głównie w wysokiej temperaturze doprowadzamy do stanu, w którym można mięso obrać do czystych kości. Uprzedzam: potrzebna cierpliwość. Garnkiem potrząsamy, żeby się nie przypaliły. Tego pilnował V. Ja przygotowałam drobno pokrojoną marchewkę, cebulę i seler.

Tę jarzynę wrzucamy na sos, który wydostał się z mięsa. Teraz można dodać wody i tę mieszankę jarzynową dobrze poddusić.

V. nie czul się dobrze i opuścił kuchnię czyli wszystko spadło na mnie. Obierałam te kości i kroiłam drobno. Aż wreszcie był koniec. Te obrane kawałeczki a zapewniam było tego sporo wrzuciłam do jarzyny, podlałam wodą i znowu dusiłam z kostką warzywną zamiast soli.

Potem wreszcie dodałam przecier pomidorowy i paprykę ostrą naturalnie. trochę oliwy, pieprz i wszystko razem dusiło się tak długo aż sos zgęstniał. V. zażyczył sobie na obiad kromki chleba z tym właśnie sugo. Reszta poszła do słoików, które właśnie zapasteryzowałam.

I wreszcie mogę się zająć poletkiem internetowym.

Ponieważ kuchnia była, to teraz Kącik LM . Jeżeli zdążę, to jutro będzie Lucia Modna i jej opowieści. Jednak nie obiecuję, bo naprawdę z czasem u mnie krucho.

Bucików ciąg dalszy.

W Poradniku PPD jeszcze raz cebula. O ile uda mi się wkleić filmik. Są problemy.

https://www.facebook.com/5minutowesztuczki/videos/5211335872280254

oraz przesłanie

i porada

I piosenka Nataszy Zylskiej z dedykacją dla Agi T, która ją słucha:

Jeszcze Tygiel z Internetem

https://luciadruga.blogspot.com/2022/07/tygiel-z-internetem-2-lipca-2022-r.html

I z życzeniami milej niedzieli, do jutra.

Solankowo

Dziś Adriatyk przypominał wannę z solą kąpielową. A nad tą wanna grzała lampa słoneczna. Na szczęście wiała też bryzą zwana morską.

Dziś to dopiero będzie skrótowo, bo wróciliśmy z plaży prawie przed piąta, a wyjechaliśmy o ósmej rano. O plażowaniu nie ma co specjalnie opowiadać, chociaż jak człowiek podgląda, to są różne zabawne momenty. Ale nie dziś.

Jak wróciłam, to marzeniem był prysznic. Teraz ciut odpoczynku i po kolacji znowu wypad na zewnątrz.

Na szczęście modem zadziałał po naładowaniu i odpoczynku. Jakim cudem się rozładował nie mam pojęcia. Upal rządzi.

Nawet ten filmik, co miał być wczoraj dokończyłam i dla porządku go wrzucam.

Czytnik leży odłogiem. Pod Tyglem zagasło, a jest w nim trochę.

W Kąciku LM jeszcze pusto.

Coś tam w kuchni jest…

https://www.facebook.com/saporitotv/videos/292596179681685/

Tylko stary przebój na swoim miejscu.

Cóż ” ogórki” i u mnie. Chroniczny brak czasu.

Może kiedy w końcu spadnie deszcz uda mi się wskoczyć w utarte koleiny.

Nie mam specjalnych wyrzutów, bo na innych blogach też cisza a i czytelników znacznie mniej.

To do jutra.

O wieczorze ascolańskim

Dzisiaj real czyli V. tak mnie zmęczył i zaabsorbował, że nawet nie wiem, co w świecie wirtualnym piszczy. Tego chłopa, po piętnastu latach wciąż nie znam i nie mogę oczekiwać, że wiem, co zrobi. Wyszliśmy rano tradycyjnie, ja po chleb, a V. na drugą kawę z takiego jednego automatu, który rzeczywiście podaje rewelacyjne esspreso. I zamiast wrócić do domu wylądowałam w samochodzie z chlebem i pojechaliśmy na otwarcie supermarketu z przedmiotami dla domu. Tam moje szczere zamiary, żeby nie wdawać się z nim w żadne dyskusje ledwie nie poległy. Ale w końcu zrobiliśmy spore zapasy środków czystości. Mamy kolejną kartę klienta.

Potem jeszcze V. chciał zjeść w plenerze więc dokupiliśmy coś do chleba. Kupiliśmy owoce dla domu więc było, co zjeść. Plener okazał się w jakiejś bocznej drodze, Dobrze, że jest w samochodzie krzesło plażowe i ręczniki więc ten piknik mogłam urządzić. I po tym pikniku wziął od kurs na dom.

Kiedy wszystko uładziłam, została mi do naprawienia torba piknikowa, A jutro kurs na plażę, bo piątek czyli targ w San Benedetto.

Za to wczoraj na szczęście nie przegapilismy koncertu na piazza del Popolo.

25 lat Szkoły Muzyki LeArte . Koncert poświęcony piosenkarzowi włoskiemu Lucio Battisti . Bardzo ciekawa postać, autor wielu przebojów włoskich.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Lucio_Battisti

Posiedzieliśmy trochę podczas próby i już wiedziałam, że wieczorem pójdziemy na ten koncert.

A, że wczoraj w Ascoli też był targ, to kupiłam sobie kurkę wielkanocną w postaci koszyczka z drutu.

Jest tak gorąco, że mam kłopoty z Internetem . Przegrzewa mi się modem i wyłącza.

Ciężko będzie dzisiaj.

Dokładnie, jak zaplanowałam wyszliśmy trochę wcześniej, żeby zająć miejsca i rozsiedliśmy się w przyjemnej temperaturze około 30 stopniu na piazza del Popolo.

Koncert zaczął się przed dziesiąta.

Było kolorowo i melodyjnie. W pewnym momencie widziałam wzruszenie na twarzy. V. Pewnie opadły go wspomnienia przy piosenkach z lat siedemdziesiątych.

Te filmiki wiem są bardzo amatorskie, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Chodzi o ciut atmosfery jaka panuje w Ascoli.

To już finał.

Zoostawiłam końcówkę, bo padło z ust prowadzącego, że dziękuje organizatorom, za koncert na najpiękniejszym placu w Italii. 😀

I dziś ” na gorąco” tylko tyle. Jutro reszta stron w pamietniku.

Zmęczona jestem jak ta kobyła po siedmiu westernach.

Do jutra.

Acha… katar prawie mi przeszedł. Jutro go utopię w Adriatyku. I padł mi jednak modem i ostatniego filmiku nie wkleje. Może jutro. Upał rządzi.

Prawie z górki

Bo stara prawda powiada, że katar trwa bez względu na wzgląd tydzień. U mnie zaczął się popołudniem niedzielnym, a dziś mija trzeci dzień. W tym upale katar, to nie jest najlepsze, co mogło mi się przytrafić, ale walczę. Nawet zaryzykowałam i wczoraj pojechałam nad morze. Oczywiście musiał być bieg przez targ z taką oto nowością ( żywa rzeźba z piasku )

i przywitanie najmłodszej, która pracuje niedaleko, a dopiero potem morze. Dało się wytrzymać, bo słońce było z lekka przykryte chmurami.

Mimo tego kataru głownie spacerowałam po wodzie nie licząc wędrówki z V. wzdłuż brzegu. Fakt jestem opalona, ale zaczyna mnie wnerwiać stosunek V. do mojej opalenizny. On chciałby, żebym była jak ten wzorzec nadmorski, a ja zdaję sobie sprawę, że raz wiek i nie mam zamiaru przypominać suszonej śliwki, a dwa nie będę dla niego cierpieć i obsmażać się według instrukcji, jakie padają. Chowam twarz za okularami i rondem kapelusza i nic tego nie zmieni.

Sam jest Włochem o innym składzie chemicznym skóry i niech się smaży ile może. Tylko ten upal wyraźnie mu szkodzi na rozum.

Nad morze wkładamy japonki. Ja w moich jeszcze czasem chodzę na wieczorny spacer. Normalne gumowe tylko w jednym miejscu mają ozdobny guziczek. V. ma podobne tylko w innym kolorze i zamiast guziczka plakietkę z kolorami włoskimi.

Schodzimy na plażę i słyszę:

-To nie są japonki – klapki na plażę.

Nie chciałam się kłócić i pominęłam milczeniem. Ale kiedy wracaliśmy już z plaży wzięłam jego klapek i swój i mówię:

-To teraz pokaż mi różnicę w tych japonkach, czemu moje nie nadają się na plażę?

Wszystko przez tę ozdobę na moich.

-W nich możesz po mieście chodzić. – Mowi.

-Czy ty wiesz, co mówisz. – Odpowiadam.

-Twoje w tym miejscu mają flagę narodową. To, co na święta narodowe będziesz w nich chodził? Bo poza tym są identycznymi plażowymi klapkami.

-Chyba dotarło, bo temat klapek został zakończony.

A wczoraj miał znowu wieczór humorzasty i latał sam, mnie na złość. Niestety ta demonstracja chybia celu, bo ja byłam przeszczęśliwa. Odpoczęłam, nadgoniłam poletko internetowe i psychicznie odpoczęłam.

A na placu wieczorem wciąż trwają próby przed Quintaną.

Książkę o przygodach na działce czyta mi się doskonale, bo temat jest mi znany z autopsji.

Z szafy wyciągam najbardziej luźne i rozebrane górą sukienki, bo inaczej nie da się chodzić. I naturalnie bez dekoracji, bo przeszkadzają. A V. kupił sobie kolejną bransoletkę. Na prawej ręce ma trzy, a na lewej jedną i zegarek. Ta przy zegarku to taka symbolizująca poparcie dla walki z przemocą wobec kobiet.

Ha, ha, ha.

Na szyi ma srebrny łańcuszek z wagą ode mnie i sznurek koralikowy. Włosi tak mają.

Ja czasami zakładam czerwony srebrny bucik – szpilkę na łańcuszku. To też symbol – przemocy wobec kobiet.

A teraz stałe punkty.

Kącik LM

W kuchni

https://www.facebook.com/saporitotv/videos/1356070491544409/

Wejściówka do Tygla

https://luciadruga.blogspot.com/2022/06/tygiel-z-internetem-29062022-r.html

I kolejna piosenka Nataszy Zylskiej – zabawna i sympatyczna i dobrze ją pamiętam. 😀

Do jutra.

Może być gra na cztery ręce, mogą być zapiski na dwa blogi

I dziś tak właśnie będzie. Właściwa opowieść ” Wędrówki niedzielne bez celu ” narodziły się po niedzielnym porannym spacerze i skontrolowaniu ilości placów w Ascoli

Jak i zainaugurowaniu sukienki czerwonej w białe kropki na potrzeby LM.

To zapraszam na niedzielny spacer.

https://luciadruga.blogspot.com/2022/06/niedzielne-wedrowki-bez-celu.html

A poza tym, to co zawsze.

Kącik LM

W kuchni

https://www.facebook.com/192546184458668/videos/278851587729652/

W Poradniku PPD sztuczki krawieckie

https://www.facebook.com/5minutowesztuczki/videos/2078963908980729/

I stara piosenka


Wszystko jest poza Tyglem więc do jutra.

O sobotnim popołudniu w poniedziałek

Muszę to zapisać w pamiętniku bo nigdy na takiej uroczystości nie byłam. Otóż spotkanie w urokliwej dzielnicy ascolańskiej, a właściwie miejscowości o statusie dzielnicy Villa Pigna poświęcone było Domenico Nepi, który niestety przegrał walkę z chorobą rok temu.

My poznaliśmy Domenico podczas wycieczek organizowanych przez GCiL, których był i organizatorem a zarazem uczestnikiem. Sympatyczny starszy pan o dobrotliwym uśmiechu, mądry i pełen spokoju. Zawsze na wycieczkach w towarzystwie żony. I dał się poznać jako wspaniały koordynator tych wyjazdów. Po jego chorobie i odejściu wycieczki nie są tak ” dopieszczone”.

Ale był przede wszystkim całe życie zapalonym związkowcem pełnym charyzmy. Po przejściu na emeryturę jego pasja działania jeszcze wzrosła. Wiele dobrego zrobił dla Związku

Dlatego tenże Związek w rocznicę jego śmierci zorganizował spotkanie na wzór jaki spotkałby się z jego uznaniem. Żadnej pompy, zadęcia. Piknik. W towarzystwie zespołu muzycznego grającego soul i rocka. Ze wspomnieniami z mini estrady i wręczeniem plakietki ufundowanej na pamiątkę tego niezwykłego zwykłego człowieka rodzinie.

Była naturalnie wzruszona żona i wszystkie trzy córki i trzy wnuczki. Najstarsza córka poza wspomnieniem o tacie odebrała plakietkę i przekazała najstarszej wnuczce do rodzinnych pamiątek. A potem już były rozmowy przyjaciół i znajomych. I oczywiście poczęstunek, bo bez tego nie ma spotkań towarzyskich w Italii.

Uwaga: ta część nie dla wegetarian.

Był smakołyk z Marche, ale nie tylko, porchetta czyli pieczony w całości prosiak z dodatkiem zestawu ziół.

Nigdy nie miałam możliwości z bliska zobaczyć jak masarz kroi tę wieprzowinę.

Największym smakołykiem jest spieczona skórka najpierw odłupywana i dodawana po kawałeczku do bułki z mięsem.

Oczywiście wino białe i czerwone lub woda.

V. trwa w całkowitej abstynencji. I chyba znalazłam rozwiązanie w jego ADHD spacerowym. Po prostu organizm się odtruł a zrzucenie wagi, która wynosi teraz 85 km przyczyniło się do wzrostu formy fizycznej. I nadrabia stracony czas.

O tym jak ta forma wpłynęła na niedzielę opowiem jutro. Bo i zdjęć trochę mam i ciekawostek z okolic Ascoli.

A skoro już dziś o ciekawostkach i zwyczajach, to taka kolejna.

O tym, że narodziny dziecka ogłasza się na bramie wejściowej kotylionem niebieskim lub różowym już pisałam.

Również ogłaszany jest ślub. Przyjaciele państwa młodych wieszają w okolicy kościoła takie oto zdjęcia młodych z datą ślubu.

Oczywiście ślub biorą Flavio i Eleonora a nie Eleonora i Flavio :D.

A teraz o książkach. Skończyłam ostatnią książkę Diany Brzezińskiej’ On „. Ciekawa. I teraz chyba z zazdrości, że czyta klimaty działkowe Hania, też po tę książki sięgnę.

Kiedyś ogródek działkowy, to była moja miłość. Na czytnik wskakują ROD ‚ Morele”.

i jeszcze doniosę, że w tym upale nabawiłam się kataru. Walczę ale chyba ten tydzień pod jego znakiem mnie nie minie.

Do Tygla zaproszę niebawem, bo jutro na tamtym blogu opowieść o spacerze po włosku i „per pedes apostolorum”. Ze zdjęciami i słowem pisaniem.

W kuchni

https://www.facebook.com/saporitotv/videos/1199011240897673/

I jeszcze piosenka

Do jutra.