Są takie rzeczy, za które lubię jesień. Głównie za kolory i astry. Są to moje ulubione jesienne kwiaty.
Wczoraj moja synowa przyniosła mi ogromny bukiet astrow. Zostały wstawione prowizorycznie do wazonu, a dopiero dziś ogarniając dom po wczorajszym spotkaniu włożyłam je, oskubane z dolnych listków do dwóch wazonów.


Na stole wciąż króluje bukiet z wczorajszego obiadu.

Dawno nie było tak udanego kilkugodzinnego posiedzenia rodzinnego. Byli wszyscy moi najbliżsi. Syn z trzecim dzieckiem czyli synową, Piotrek mój jedyny, ale za to jakościowo bezkonkurencyjny wnuk i naturalnie moja córka. Obiad wyszedł kulinarnie bez najmniejszej wpadki. Baranina super. Już w komentarzu pisałam, że jak nie syn, to synowa jedli i mówili:
-Mamciu, to jest przepyszne
Miseczki z deserem zostały dosłownie wylizane, a wolną porcję Piotrka, który niestety gruszek nie może jest kolektywnie przyznaliśmy synowi. W końcu jest chyba po mnie największym łasuchem. Ale w tym wypadku odstąpiłam mu palmę pierwszeństwa.
Z pewnością powtórzymy obiad z innym menu, bo Włosi mają rację, że nic tak nie łączy rodziny jak pyszne jedzenie. Wspólne. Do tego dobre wino.
Była prośba o przepis na gruszki w szodonie.
Oto fotki z mojej książki ” Polskie smaki i włoskie przysmaki”. Książka pełni i dla mnie książkę kucharska, co widać po jej zużyciu. 😃


A jesień widać też w Parku Pamięci, w którym byłam przedwvzoraj.


I wiecie co?. Jest mi łatwiej. Potrafię się tam uśmiechnąć opowiadając jakieś detale z mojego życia, choć wiem, że Vincenzo nadal jest w moim pobliżu.
I uśmiecha się z wielu zdjęć w moich niezliczonych albumach.
Cóż, così è la vita.
Do jutra.

























