Zaczął mi się w sumie według układu pod wyjście do gabinetu na umówioną porządną regulację brwi. Taką profesjonalną. Wczoraj mój nerwoból przeleżał w większości w łóżku. I nawet w jednym momencie zainteresował się nim księżyc zaglądając prosto do łóżka.
Absolutna latarnia.
oplus_8388642oplus_8388642
Nad ranem nerwoból postanowił dać mi w kość, ale się nie dałam. I rano jakoś się rozchodzilam. Co nie znaczy, że czuję się dobrze.
Pogoda przepiękna. Zabrałam ukochany wózek i kiedy już moje brwi przestały przypominać jednego z przywódców radzieckich – konkretnie Leonida Breżniewa zrobiłam większe zakupy..
I tu zobaczyłam jak zniszczył mnie nerwoból. Słaba byłam tak, że moje trzecie piętro to Himalaje. Coraz bardziej rozważam postawienie w połowie drogi na półpiętrze gustownej ławeczki, żeby złapać kolejny haust energii.
W domu zjadłam i padłam i znów przespałam kilka godzin. Wróciłam do żywych jako sympatyk i dalej czynności domowe rozkładam w czasie.
Jutro moje trzecie dziecko ma imieniny. Tradycyjnie upiekę jej babkę cytrynową. Niestety babcia Cesia nie czuje się dobrze więc syn zabierze mnie do nich po wizycie lekarza. Synowa jest w domu.
Kupiłam jej taki ładny porcelanowy drobiazg. Solniczkę i pieprzniczkę z motywami jesiennymi.
Tak sobie pomyślałam, że może się pozwierzamy z marzeń. I to nie takich bardzo ważnych jak zdrowie i osadzonych przy okazji prozaicznie na ziemi, ale z takich, które mamy w podświadomości. Z odrobiną szaleństwa
Z takich nad którymi często najbliżsi kiwają z niedowierzaniem głowami, kiedy przystępujemy do ich realizacji. Bo marzeniom trzeba pomóc.
A może, są one tak szalone, że nikomu o tym nie mówimy.
Muszę zacząć od siebie. Mając tyle lat ile mam wielu marzeniom pomogłam i lista ich znacznie się skurczyła.
Teraz marzę o przywróceniu nie tylko wieczorków brydżowych, ale o przywróceniu tamtej atmosfery. I to jest wyzwanie. To na teraz. A tak w ogóle mam marzenie, które może się spełni. Mój wnuk wpadł dzisiaj pogadać wiedząc, że mam kłopoty zdrowotne i nagle powiedział.
-Babcia, może polecimy w któryś weekend do Mediolanu, jak już pokończę wszystkie swoje zajęcia i będę miał więcej czasu.
W Mediolanie nie byłam więc może. Z wnukiem na weekendowe szaleństwo. Jest to teraz moje marzenie.
Pomysł na reaktywowanie spotkań brydżowych, które mam zamiar, naturalnie siłą rzeczy musiał otworzyć klapkę ze wspomnieniami.
W tym samym miejscu czyli moim domu ściany są nasączone terminami: licytacja, partia czy rober.
Graliśmy w latach siedemdziesiątych bardzo dużo w gronie licznych przyjaciół. Bez specjalnego umawiania, w każdym domu. I było fajnie, bez spiny.
Ale mój mąż po raz pierwszy miał jeszcze znajomych, bo to nie byli przyjaciele, z którymi grał co czwartek. U każdego uczestnika po kolei. Czyli co trzy tygodnie następował brydż u nas. Nie przepadałam za tym towarzystwem. Jedna pani notariusz, jedna pani sędzia i komendant komisariatu MO. Ja z nimi nie grałam. Mój mąż po raz pierwszy zawsze prosił o przygotowanie jakiejś przekąski podczas przerwy dla zmęczonych umysłów.
Szczególnie nie przepadałam za panią notariusz, bo moja intuicja mimo żadnych oznak coś mi podpowiadała, że mój mąż po raz pierwszy nie tylko gra z nią w brydża. Co prawda trochę się dziwiłam, bo urodę miała nienachalną.Po latach, już po rozwodzie dowiedziałam się, że intuicja nie kłamała.Tak więc podawałam coś do zjedzenia, stosownego i niezwykle elegancko podanego.
Nie kibicowałam, znikałam w innym pokoju i czytałam książki i miałam w końcu dzieci. Brydż zaczynał się około dwudziestej, a może wcześniej , tego akurat nie pamiętam. Być może nie było stałej godziny stąd luka w pamięci.
W tych wspomnieniach pojawia się jeszcze aspekt zazdrości. Nie, nie,nie z mojej strony. Zazdrosna o jedną z pań była żona komendanta, która w czwartek przypadający u nas zawsze dzwoniła i pytała mnie czy grają na pewno u nas w brydża. Raz nawet zadzwoniła i koniecznie chciała się ze mną spotkać. Umówiłyśmy się na kawę w kawiarni gdzie dowiedziałam się, że jej się nie podoba to granie. Że podejrzewa męża o niekonwencjonalne spotkania z panią sędzią. I jak ja to widzę. Widziałam jak widziałam 😀. Moja intuicja też mi podpowiadała, że te stosunki towarzystwie mają drugie dno. Obie panie były wolne. Pani sędzia była rozwódką a pani notariusz jakbyśmy dziś powiedzieli singielką po czterdziestce.
Ale naturalnie powiedziałam, że nie zauważyłam i że są bardzo eleganccy w swoich relacjach. I faktycznie dobre wychowanie było aż do przesady i to właśnie pukało moją intuicję.😀
Panie odnosiły się do mnie z szacunkiem jak do kogoś niższego stanu, ale któremu nie można pokazać, co się o nim myśli. Mój mąż po raz pierwszy naturalnie nic nie zauważył
Raz nawet coś nadmieniam na ten temat. Ale otworzył szeroko oczy i powiedział:
-Ależ oni cię bardzo lubią. Swoje wiedziałam.
Aż tu pewnego razu nie dotarł na czas komendant zatrzymany w służbie. Robiło się drętwo, ja się wymiksowałam pod pozorem prac domowych. Ale mieszkanie jest małe i nagle w kuchni słyszę głos męża po raz pierwszy:
-Moze zagramy partyjkę zanim K. dojdzie.
-Jak to zagramy, z „dziadkiem” ? ( Jest taka forma gry, kiedy nie ma czwartego nazywana grą z dziadkiem. Mój mąż po raz pierwszy nazywał dziadka ” onanbrydż” od słowa ” onanizować”)
– Nie z ” dziadkiem” z moją żoną, jak będzie miała ochotę. Znając mój stosunek do towarzystwa już się zabezpieczył .
-A ONA gra!!!
– Gra. Krótko skwitował mąż po raz pierwszy.
Przyszedł do kuchni i prosi.
-Lucy zagraj z nami zanim K. się przywlecze.
Najpierw chciałam powiedzieć, że nie mam ochoty – niech siedzą i się nudzą. Jednak ta fantazja o której mój mąż po raz pierwszy mówił zawsze kiedy w grze mnie poniosło:
(-Lucy, brydż jest grą zespołową, co ci u licha przyszło do głowy tak licytować.) zadziałała i postanowiłam zagrać. Losowanie mi sprzyjało, bo dostał mi się mąż po raz pierwszy. Daliśmy paniom takiego łupnia, że hej bo i karty nam sprzyjały. Rober przegrały wysoko. Kiedy nadszedł w końcu komendant mogłam syta chwały wstać od stołu.
Lekceważenie w oczach pani notariusz wyraźnie zmalało.
A na pytanie czy często gram w brydża powiedziałam złośliwie:
-Bardzo często, ale wyłącznie z przyjaciółmi.
Mogłabym wiele ciekawostek opowiedzieć, ale na dziś dość.
Za to mój powojnik z żółtymi kwiatami postanowił stać się powojnikiem jesiennym. Kwitnie, ale od zewnętrznej strony. Widoczny z dołu i z okna pokoju.
oplus_25165858oplus_8388642
Nerwoból wciąż wymaga trucia, ale zszedł z ostrego ataku. Powoli minie. Dostałam cebulki krokusów i w przyszłym tygodniu posadzę na naszym trawniku. Jak będę sprawna. Będzie słonecznie i cieplo, więc mam nadzieję.
Mój osobisty nerwoból też nie lubi takiej pogody. Był uprzejmy zaatakować wczoraj i solidnie pokazał pazury w nocy.
I tak tę noc miałam przechodzoną, bo raz mi tak było lepiej, a potem kładłam się do łóżka i naturalnie nie było dobrze. Dziś solidnie się potrulam i mnie ścięło. Wyłączyłam się na kilka godzin. Tyle z tego dobrego, że się wyspałam podczas tej ” śpiączki farmakologicznej”. Mój nerwoból wszedł w fazę drugą czyli jest nadzieja, że minie może jutro
Ale dość opowieści boleściwych.
Otóż podczas tej bezsennej nocy wymyśliłam powrót do organizowania brydża. Kiedyś u nas kiedy tylko znalazło się choćby trzy osoby szukaliśmy czwartego. Na szczęście wszyscy nasi grający przyjaciele mieli telefony. A kiedy się nie udało łupiiśmy w kierki, ale same ‚ rozbójniki”. To informacja dla karcianych .
Mój mąż po raz pierwszy, ojciec moich dzieci w brydża grał świetnie i to on mnie uczył. Zaczęło się to jeszcze podczas jego studiów w Krakowie. Na stancji w postaci niezapomnianej kawalerki na ulicy Sarego mieszkali we trzech. Mój mąż po raz pierwszy, studiujący prawo i jego dwóch przyjaciół z Politechniki. Kochali grać w brydża, ale było ich trzech więc mój po raz pierwszy zaczął uczyć mnie, bo ja często tam bywałam. Wtedy już brydż szedł pełną parą.
Ale czas studiów dobiegł końca i chłopaki wróciły do domu. Marek do Szczecina, a pozostali do Chorzowa. I nastąpiły śluby. Najpierw Bronka najlepszego przyjaciela męża po raz pierwszy, potem nasz.
I zaczęliśmy kontynuować granie w Chorzowie. Wszyscy nasi przyjaciele grali, bo wtedy tak było w pewnych kręgach.
Ileż ja mam wspomnień z tych czasów
Chyba kiedyś o tym napiszę. Na razie chcę reaktywować rodzinny brydż. Niestety prawie nie ma nikogo z tamtych czasach. Mają czwórkę do brydża gdzie indziej.
Ale mój syn trochę gra, Aga też. To już trójka. Trzeba namówić wnuka. A ja szukam w pamięci czwartego do brydża. I wymyśliłam kilka osób. Napisałam już jeden mail bo nie mam telefonu. A do reszty kandydatów będę dzwonić . I zorganizuje ten powrotny brydż. I znowu usłyszę powiedzenia brydżowe, jak to ” spod dużego palca” 😀 przy dylemacie czym tu wyjść podczas zaczęcia partii brydżowej.
Dzisiaj, nadal chłodno, chociaż nie wiało, kiedy wyszłam na zewnątrz. Miałam coś dla siebie, czyli zamówiony pedicure. Pożegnałam korowe paznokcie u stóp. Niech odpoczywają od hybrydy w pełnym obuwiu. Umówiłam się na poniedziałek na uregulowanie brwi i hennę. Jakoś tę jesień muszę sobie pocieszyć.
A jak już byłam w okolicy mojego gabinetu kosmetycznego, to zaplanowałam pójście na targ. Stąd zabrałam ze sobą mój wehikuł zakupowy.
Aga chciała gruszki, a ja kupiłam też zieloną fasolkę szparagową, jedne, pewnie z ostatnich ogórków na małosolne, bo dawno nie miałam i mi tęskno. 😀
Dołożyłam cztery dorodne kanie na nasz dzisiejszy obiad.
Niestety dalej muszę podpierać się nimesilem, bo uaktywnił się też mój osobisty nerwoból.
Ale już się zbieram do dalszego dnia.
A wczoraj przyszła kupiona przeze mnie lampka na komodę.
Zakochałam się w niej. Idealnie wpasowała się do wazonu w kształcie łabędzia. Naturalnie lampka też jest prześlicznym łabędziem.
Czasami tak się kumuluje. Przede wszystkim bolą mnie kolana i to tak, że musiałam się podeprzeć prochami. Bo musiałam wyjść na zamówiony pedicure.
I tu mam nauczkę, żeby sprawdzać, co się wbiło w aplikację . A wszystko zrobiłam jak zawsze zmieniając tylko pedicure hybrydowy na zwykły. Dostałam potwierdzenie, przypomnienie. Data i czas się zgadzała, a po przyjściu okazało się że mnie w rozpisce nie ma. Sprawdzam. Pisze jak byk, że dziś i o 11.30. Tylko, że czekają na mnie w gabinecie we … Wrocławiu.
Trudno świetnie. Nagrałam się pani z Wrocławia z przeprosinami. A jutro mam ten pedicure o 10- tej.
Odebrałam z paczkomatu dwie przesyłki i mimo, że starałam się podjeżdżać jak najbliżej celu miałam problem wsiąść do tramwaju. Bo akurat przyjechał nie ten niskopodłogowy.
SKS w całej rozciągłości.
Tak, że dziś już nic nie kombinuję. Czekam, aż poczuję się lepiej.
Ucieszyłam się bardzo, ze moja Koalicja Obywatelska podskoczyła o przeszło dwa punkty do góry.
Tak wygląda nowy sonday.
‚Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, wygrałaby je Koalicja Obywatelska z wynikiem 30,9 proc. – wynika z sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej” w dniach 18 i 19 września 2026 roku na grupie 1070 respondentów. To wynik o 2,8 p.p. lepszy niż w badaniu z poprzedniego miesiąca.
A konkretnie? A konkretnie marzy mi się Marszałek Józef Piłsudski. I nie dlatego, że u mnie w rodzinie panował jakiś kult Marszałka. Zdania co do jego osoby były podzielone. Moi rodzeni dziadkowie jeden autentyczny, a drugi jego rodzony brat dziadek wujeczny, różnili się w ocenie Piłsudskiego. Brat dziadka był piłsudczykiem i zrobił w wojsku karierę. Mój osobisty dziadek wystąpił z wojska po wojnie bolszewickiej i poświęcił się i to dosłownie obowiązkom rodzinnym. Miał trochę inne spojrzenie na politykę sanacyjną.
A dlaczego o tym piszę. Bo coraz bardziej doceniam rządy silnej ręki. A to w kontekście odwołania wizyty w Stanach vice- premiera Kosiniaka- Kamysza
Kilka dni temu chyba u red.Fijolka przewinęła się jeszcze plotka, że prawica zabiega w Stanach o przedłużanie formalności związanych z zainstalowaniem stalej bazy amerykańskiej w Polsce. Żeby ta decyzja ostateczna nie zapadła za rządów premiera Tuska.
I bęc wczoraj odłożenie wizyty vicepremiera. Nic dziwnego, że kropki się połączyły szczególnie kiedy zostały zacytowane słowa niejakiego Bielana, o którym mam jak najgorsze zdanie.
„Bielan o TK: Obawiam się, że kiedy dowie się Trump, będzie za późno
Do sytuacji w Trybunale Konstytucyjnym odniósł się w poniedziałek na antenie Telewizji Republika europoseł PiS Adam Bielan.
– Ja się obawiam, że kiedy Trump dowie się o tym, co się dzieje w Polsce, to będzie już za późno – powiedział deputowany do PE.
– Temu może towarzyszyć bardzo brutalna decyzja dla nas np. o wstrzymaniu budowy bazy i pełną odpowiedzialność będzie ponosić za to Tusk – dodał.”
I właśnie po tych słowach zamarzył mi się Marszałek. I jego Bereza Kartuska chociaż, to brzmi strasznie.
Jednakjeżeli to nie plotka,a tylko straszenie Trumpem to pachnie zdradą i kłania się Trybunał Stanu.
Napiszęszczerze, że nie mogę od wczoraj przejść nad tym do porządku. Wszystko inne zeszło na dalszy plan.
A u mnie deszczowo i solidny spadek temperatury. Co prawda w tym momencie zaświeciło słońce, ale temperatura to zaledwie 13 stopni. Od czternastej znów ma się rozdeszczyć . Mnie też złapał deszcz. Wyszłam do sklepu bez parasola. Na szczęście miałam kaptur i zaliczyłam pierwszy prawie jesienny deszcz.
Zawierzyłam prognozie i zabrałam z balkonu szczawika, który nie lubi temperatury poniżej 10 stopni. Ale w sobotę było pięknie. Aga zrobiła na balkonie porządek, a ja zrobiłam sobie pierwsze jesienne fotki. I kto wie czy nie ostatnie.
Chociaż zapowiadają ku mojej radości ciepły początek października. ” Złota polska jesień”.
Zapraszam do albumu balkonowego już w odsłonie ” nadchodzi jesień”.
Odnowiłam zapas lekarstw i solidnie mnie skasowano.
Niestety jednak niektóre biorę jako stałe medykamenty.
Trudno świetnie.
Ta zmiana klimatyczna miała też swój wkład w moją bezsenność. Dopadł mnie ból nogi od mojego felernego kolana i miałam ochotę odkręcić sobie nogę i odstawić do kąta. Wstałam, wzięłam coś przeciwbólowego, wysmarowałam kolano i całkiem się rozbudziłam. A tu głęboka noc. Na szczęście czytam już drugi tom z rewelacyjnej serii ” Poradnik prawdziwej damy „. Epoka wiktoriańska, ale jak lekko i zabawnie się to czyta. Zaleta tłumacza. Cały czas jak czytam mam tzw. banana na twarzy. Wysłałam nawet do mojej córki, bo jak jej kawałek przeczytałam wyraziła chęć przeczytania.
Cudownie odstresowuje i polecam gorąco.
I na dokładkę każdy tom ma w tle zagadkę kryminalną 😀.
Wracam więc w czasy bezinternetowe, które wcale nie były nudne
I skoro Azalii zamarzył się temat o trendach jesiennych, to pierwsze, co się nasuwa, to naturalnie moda na sezon jesień/ zimą 26.
I, co ja mogę zrobić. Musiałam przywołać na chwilę włoską Lucię Modną. A jak włoska moda, to postanowiłam znów skupić się na ulubionej przez nas Luisie Spagnoli. Może dlatego, że jej firmowe kolekcje są dostępne w Polsce. W firmowych sklepach. I choc nie wybrałam się realnie na spacer po Ascoli, ale świat wirtualny mi to umożliwił.
I zapraszam do naszego żurnala mód.
Ale najpierw zwrócę uwagę na te trendy.
1.Wracają szerokie, rozkloszowane spódnice.
2. Paski wciąż na topie.
3. Bardzo ładny pomysł. Otóż nosimy w tym sezonie rękawiczki i golfy w tym samym ciekawym kolorze. Raczej mocnym kolorze harmonizującym z płaszczem czy kostiumem. W przypadku kurtki już takiego efektu nie będzie. Kurtka przekieruje ten akcent w stronę aranżacji sportowej, a z płaszczem czy kostiumem to będzie prawdziwa jesienna czy zimowa elegancja.
To teraz zapraszam do żurnala.
User comments
I jeszcze o kolorach. Brakuje mi zieleni i mało jest czerwieni. Natomiast jest fiolet i róż i pojawił się piękny szary.
Są takie rzeczy, za które lubię jesień. Głównie za kolory i astry. Są to moje ulubione jesienne kwiaty.
Wczoraj moja synowa przyniosła mi ogromny bukiet astrow. Zostały wstawione prowizorycznie do wazonu, a dopiero dziś ogarniając dom po wczorajszym spotkaniu włożyłam je, oskubane z dolnych listków do dwóch wazonów.
oplus_34oplus_34
Na stole wciąż króluje bukiet z wczorajszego obiadu.
oplus_34
Dawno nie było tak udanego kilkugodzinnego posiedzenia rodzinnego. Byli wszyscy moi najbliżsi. Syn z trzecim dzieckiem czyli synową, Piotrek mój jedyny, ale za to jakościowo bezkonkurencyjny wnuk i naturalnie moja córka. Obiad wyszedł kulinarnie bez najmniejszej wpadki. Baranina super. Już w komentarzu pisałam, że jak nie syn, to synowa jedli i mówili:
-Mamciu, to jest przepyszne
Miseczki z deserem zostały dosłownie wylizane, a wolną porcję Piotrka, który niestety gruszek nie może jest kolektywnie przyznaliśmy synowi. W końcu jest chyba po mnie największym łasuchem. Ale w tym wypadku odstąpiłam mu palmę pierwszeństwa.
Z pewnością powtórzymy obiad z innym menu, bo Włosi mają rację, że nic tak nie łączy rodziny jak pyszne jedzenie. Wspólne. Do tego dobre wino.
Była prośba o przepis na gruszki w szodonie.
Oto fotki z mojej książki ” Polskie smaki i włoskie przysmaki”. Książka pełni i dla mnie książkę kucharska, co widać po jej zużyciu. 😃
oplus_34oplus_34
A jesień widać też w Parku Pamięci, w którym byłam przedwvzoraj.
oplus_34oplus_34
I wiecie co?. Jest mi łatwiej. Potrafię się tam uśmiechnąć opowiadając jakieś detale z mojego życia, choć wiem, że Vincenzo nadal jest w moim pobliżu.
I uśmiecha się z wielu zdjęć w moich niezliczonych albumach.