Jak to w życiu

Wczoraj dzień toczył się jak to w życiu. Wśród tych, co odeszli i codzienności przedświątecznej. Zmarła kuzynka V. siostrzenica jego matki i zgodnie z włoskim zwyczajem pojechaliśmy do sali pożegnań w domu pogrzebowym. Dziś o piętnastej w naszej katedrze msza przed pogrzebem. A zanim pojechaliśmy pożegnać zmarłą kuzynkę V. musiał zobaczyć pożegnanie w katedrze zmarłego znanego policjanta ascolańskiego. 66 lat i najsmutniejsze, to, że oprócz żony była na pogrzebowej mszy jego mama. Oczywiście trumna przyjechała z policyjną eskortą, a koledzy nieśli za trumną hełm i czapkę zmarłego. Ot taki obrazek z pożegnań na zawsze .

A ja w domu powoli przygotowuję mieszkanie do Natale. Już zmieniłam serwetki na świąteczne. Dziś ubiorę choinkę przywiezioną z kraju i postawię szopkę. Tak, że mam co robić.

A przedpołudnie na placach. Bo i targ i w miarę ciepło. Co prawda rankiem było 8 stopni, ale kiedy wyszło słońce temperatura się podniosła do 12.

Jednak prognozy są deszczowe dla Marche. U nas co prawda w Ascoli jest klimat specyficzny i żeby wiedzieć na pewno jaka jest pogoda trzeba wyjrzeć przez okno. 😆

Niebo zaciąga się jednak chmurami.

Zgodnie ze spacerowym zwyczajem

oglądam sobie świąteczne wystawy.

A nawet namówiłam V. żeby stanowił for pocztę prawdziwego Babbo Natale. Czerwoną kurtkę miał, a białą brodę zastąpił mój szal. 😆. Fotel był wolny.

Mimo, że te święta w Italii mnie nie cieszą, pewnie dlatego, że miałam nadzieję na te polskie jakoś trzymam się pionu. Dobrze, że w Italii długi weekend z racji jutrzejszego wolnego dnia od pracy ( Madonna Immacolata), to atmosfera świąteczna na pewno do mnie dotrze.

I tyle dziś.

Czas na Rozmaitości:

„Tygiel z Internetem”

https://luciadruga.blogspot.com/2022/12/tygiel-z-internetem-7-grudnia-2022-r.html

Kącik LM

Poradnik PPD

W kuchni włoskiej

I coś do posłuchania.

Zastanawiam się, jakie melodie zamieszczać w okresie przedświątecznym. Pomyślę.

Do jutra.

Dzisiaj uzupełnienie

Bo chcę zakończyć barbórkową niedzielę. Strażacy dzieciakom zrobili wielką frajdę. Trzeba przyznać, że organizacja była na miarę dyplomów wypisywanych, tym którzy na wspinaczkowej ściance spisali się ku zazdrości tych, którzy nie mieli odwagi. Do dyplomu były jeszcze drobne upominki. A dla młodszych czekał zjazd po rurze w uniformie strażackim poprzedzony uderzeniem w dzwon.

A teraz o koncercie na który wybrałam się na godzinę osiemnastą.

Temperatura od niedzieli jest taka jaką lubię w grudniu

Wieczory przy takiej temperaturze mogą być.

Sam koncert typu niewielki, ale muzycznie doskonały. Podobny chociaż z innym repertuarem, był w zeszłym roku. Organizuje takie koncertu nasz magistrat. Z udziałem chóru Teatru Ventidio Basso znanego melomanom włoskim i trójki zwykle artystów śpiewaków. Przepiękny sopran koloraturowy, baryton którego słuchałam po raz drugi i prowadzący koncert tenor. który zaprezentował się tylko raz. Niestety pierwszy raz nie wydrukowano programu i nie mogę napisać kto śpiewał. Szkoda. Natomiast wiem z jakich oper były Arie. Don Pasquale. Don Giovanni i Don Carlos.. Oraz przepiękny walc z Romeo i Giulietta. Tu nturalnie w innym wykonaniu.

I chciałam chociaż próbkę głosów tutaj zaprezentować. Niestety o ile glos udaje się zarejestrować, to już film jest do kitu. Kolejny raz zauważyłam, że oświetlonej sceny przy wygaszonej widowni nie da się sfilmować telefonem. Na scenie poruszają się białe duchy. Nie wiem, co z tym zrobić. Pewnie można, ale ja jeszcze nie zaskoczyłam jak. Następnym razem nagram sam glos.

A w Ascoli przygotowania do rozpoczęcia sezonu świątecznego. W uliczkach wiszą już świetlne dekoracje, Na placach również i stoi przed magistratem choinka.

Nic jeszcze się nie świeci. I dobrze. Wszyscy poczekamy na wieczór 8 grudnia, kiedy to zapalą się światła bożonarodzeniowe. Na piazza Arringo mini kiermasz świąteczny

i naturalnie lodowisko. Już czynne.

W pobliżu choinki domek świętego Mikołaja czyli Babbo Natale z fotelem jeszcze pustym.

Na razie wszyscy robimy sobie fotki na tym fotelu ja też.

Za to sklepy w tym roku mają ładne dekoracje. Dziś pierwsza partia witryn świątecznych. Naturalnie szopki obowiązkowo.

Taki bajkowy kolorowy włoski świat.

Niestety o tym, że nie jest to kraj z bajki świadczy o tym to zdjęcie.

Czerwone damskie buty są symbolem przemocy wobec kobiet. A kolejna straciła życie. Oby tych ofiar było jak najmniej.

I tym nie najweselszym akcentem zakończyłam opowieści o pierwszych dwóch dniach po przyjeździe. Na pewno wiem, że jestem w Italii.

A życie toczy się dalej i od jutro codzienne zapiski w pamiętniku.

Do jutra więc. Jak zwykle będzie, to moja codzienność.

O sobocie powrotnej

Trzeba ten powrót do Ascoli zapisać. Bo wprawdzie machałam z drogi, ale dzień powrotu nie został zapisany z racji Santa Barbara i jej obchodów.

Wyjechałam z Chorzowa o trzynastej w piątek, a przyjechałam do Ascoli przed dwunastą w południe w sobotę. Do 24 godzin brakło godziny. Ale, że w podroży jest tylko jedna noc, to przyjechałam w zupełnie niezłej formie. Odebrał mnie zakapturzony z racji siąpiącego deszczu V. Czekał z obiadem. W międzyczasie był technik od piecyka gazowego i kaloryfery grzały. Tfu, tfu, żeby nie zapeszyć w domu może tak być. Raz, że V. odkąd nie pije odczuwa zimno prawie jak normalny człowiek, poza tym przestał zakręcać inne pomieszczenia i tym samym przy włączeniu ogrzewania grzeje się nie tylko w jednym pokoju i łazience. I niech tak zostanie.

Zjadłam, przespałam się trochę, a ponieważ przestało padać poszliśmy odwiedzić place. I dobrze, bo na piazza del Popolo o osiemnastej był spektakl, do którego potrzebna była ta właśnie dekoracja.

Okazało się, że spektakl będzie z udziałem mistrzów żonglowania chorągwiami z całej Italii i pokazem walk antycznych na szczudłach. Wszystko wśród płonących ogni.

Mam też filmiki, bo fotki wszystkiego nie oddają.

Filmik 1

Filmik 2

Filmik 3

I ostatni numer 4

Czyli warto było wyjść na zewnątrz. Zresztą nie chciałam za dużo odpoczywać, żeby w nocy spać, co niniejszym uczyniłam.

Zobaczyłam jeszcze jak Ascoli przygotowuje się do Świąt. Nic się jeszcze nie świeci, bo tu tradycja rzecz święta. Zaświeci się 8 grudnia w dzień Madonny Immacolata.

O tych dekoracjach i o koncercie wczorajszym będzie jutro. Powolutku blog stanie się zapiskami bieżącymi.

Czyli, do jutra.

Specjalna data 4 grudnia

A skoro data specjalna, to zacznę opowiadanie o dniu dzisiejszym zostawiając wczorajszą sobotę przyjezdną na jutro. Bo wpadłam od razu w wir gier i zabaw ludu włoskiego.

Święta Barbara dla mnie mieszkanki Śląska, to specjalna święta bowiem patronka górników.

Ale wcześniej najserdeczniejsze życzenia wszystkim znajomym i bliskim Barbarom, Basiom, Basieńkom, Barbórkom i jak tam jeszcze pieszczotliwie to piękne imię brzmi.

Niech Wam się szczęści.

A teraz wracamy do Italii. Kopalni jak wiadomo nie ma, węgiel pojawia się tylko kiedy Befana przynosi go niegrzecznym dzieciom w nocy z 5/6 stycznia a święta Barbara została uznana za patronkę … strażaków.

I dziś wpadliśmy przedpołudniem w obchody świętej Barbary na piazza del Popolo.

Po wczorajszym mglistym dniu wyszło słońce i zrobiło się tak ciepło, że najpierw zdjęłam czapkę, a potem rozpięłam długą płaszczową kurtkę.

Na placu dużo ludzi. A strażacy szykowali się do imprezy. Przygotowali dla dzieciaków plac zabaw.

Takie wielkie wysięgniki były do pomocy na placu,

albowiem strażacy pokazali swoja miłość do flagi włoskiej czyli tak pieszczotliwie nazywanej przez Włochów ” tricolore”.

Bardzo się cieszę, że udało mi się zrobić ten filmik z opuszczania flagi włoskiej.

A dodatkowego smaczku dodał czerwony ferrari, który zajechał przed palazzo dei Capitani, w którym odbywają się cywilne śluby.

Można napisać ” ślub pod patronatem świętej Barbary”.

A ja dzisiaj z marszu idę na koncert fortepianowy o osiemnastej do naszej drugiej sali teatralnej. V. wypatrzył i to jedyne, co pozytywnego mogę o nim napisać. Wpadłam w sam środek pełni, ale, co tam … dzieje się.

Jutro opowiem o sobocie, bo była impreza a właściwie spektakl na placu.

Do Rozmaitości wrócimy, kiedy blog wskoczy na spokojne ascolańskie tory.

A dla lubiących wspomnienia fragment moich własnych powtarzanych, co roku. ( ” Życiorys PRl em malowany”).

Gdzie jesteś Barbórko?

Jutro świętej Barbary, Barbórką zwaną na Śląsku. Ciekawa jestem czy na ” Zenicie ” w Katowicach pali się już choinka czy jako relikt dawnych czasów została skazana na wygnanie? Pamiętam różne Barbórki, ale najbardziej we wspomnieniach pojawia mi się pierwsza po przyjeździe na Śląsk. Pracowałam już kilka miesięcy w Rudzie Śląskiej. – Kochłowicach dziwolągu miejskim – kilkanaście samodzielnych osiedli, głównie górniczych połączonych w twór pod nazwą Ruda Śląska. Pracowałam w Domu Kultury Kopalni Węgla Kamiennego (KWK) ” Wirek, “ która teraz nawet nie wiem czy istnieje. Dom Kultury mieścił się na Rynku w Kochłowicach. Jego też już nie ma, bo w czasach, kiedy ja tam pracowałam chylił się do upadku, tak mu „szkody górnicze” dogodziły. W głównej wielkiej sali z estradą trzeba było chodzić pod ścianami, bo tynk odpadał kawałkami. W bibliotece po regalach zjeżdżały myszy a w sali pierwszej było zimno, bo ogrzewanie stanowił brzuchaty piec ogrodzony szklanym boksem dla personelu. Tam pierwszy raz spotkałam się z piecem. Przeżyłam chwile grozy, kiedy moja kierowniczka nosząca piękne imię Brygida, pieszczotliwie zwana Gita, powiedziała idąc do domu ( miałam dyżur popołudniu):

  – Jak się już dobrze rozpali to zakręć piec. I poszła.

A ja, co chwilę patrzyłam czy się już dobrze rozpaliło i widziałam się jako ofiarę czadu. Jednak zakręciłam widać w dobrym momencie, bo przeżyłam. Tam spotkałam się z prawdziwą jeszcze gwarą śląską. Na początku nic nie rozumiałam. Przychodzili starsi mocno górnicy – emeryci… Tacy, o których ” Śląsk ” śpiewał ” Starzyka ” („ idę sobie przez podwórze i pyk, pyk fajeczkę kurzę) i mówili do mnie:

  – Frelko ( panienko) i coś jeszcze, czego nijak nie rozumiałam.

Później już wiedziałam, że pytają, kiedy będzie zebranie Kółka Łowieckiego, wiec, kiedy słyszałam:

  – Frelko i coś tam jeszcze, mówiłam:

  – W środę o 17- tej.

Ale pomału język śląski przestał być dla mnie obcym podobnie i życie stało się w Kochłowicach normalne. Ta pierwsza Barbórka odbyła si ż jeszcze w Domu Kultury w sali z estradą, na której zasiedli oficjele: dyrektor kopalni, I sekretarz PZPR, przewodniczący Rady Zakładowej i przedstawiciele GIG- u( Głównego Instytutu Górniczego), była mównica i były mowy i były odznaczenia dla Zasłużonych. Na widowni siedzieli górnicy w galowych strojach przy szpadach i pióropuszach na czapkach, wtedy to dokształciłam się w kolorze pióropuszy, który sygnalizował rangę górniczą. Najfajniej wyglądała orkiestra z czerwonymi pióropuszami, biały to był dozór, czyli sztygarzy, zielony dyrekcja a zwykli górnicy mieli pióropusze czarne. Mam nadzieję, że po latach nic nie pokręciłam. Były i koperty do odznaczeń a ponadto do pensji dla wszystkich pracowników kopalni ( ja też dostałam) dodatek równowartości flaszki i kg kiełbasy. Jak świętować to świętować. Wieczorem była zabawa, przy stolikach siedzieli górnicy ” Społem ” przygotowało kolację, alkohol lał się strumieniami. Miałam dyżur i widziałam taki obrazek:

Było zimno i mroźno. Na zewnątrz stały dwa ” Żuki „( takie furgonetki), dyżurowali chłopcy, z ZMS- u. Kiedy taki delikwent miał dość wrzucano go do auta i kiedy uzbierało się kilku ( a znali się wszyscy) rozwożono ich do domu. Ja i pani Gita zamykając Dom Kultury pozbierałyśmy szpady, czapki i inne akcesoria pozostawione przez uczestników imprezy. Następny dzien. mieli wolny, więc popołudniu pojawiali się ze skruszonymi minami po zapomniany ekwipunek świąteczny. Inną Barbarkę świętowałam prywatnie w zaprzyjaźnionej rodzinie, tym razem na Halembie. Tam Barbórka to w domu uroczysta kolacja, mnóstwo gości i stamtąd pamiętam wspaniale kuleczki rybne w zalewie octowej przyrządzone przez panią domu. Piękny zwyczaj. Msza była wyłącznie prywatna, żadnych religijnych obchodów w kopalni, ale święta Barbara stała i tak na cechowni, nawet ustrój panujący nie odważył się Jej stamtąd usunąć.

Obchodami barbórkowymi zaczynał się czas przedświąteczny a żeby było bardziej uroczyście ulicami śląskich miast szły grające orkiestry górnicze. Jeszcze słyszę te melodie we wspomnieniach… A teraz?

A teraz minęło prawie pięćdziesiąt lat.

Do jutra.

Macham z gór

Wpół do dziesiątej. W busiku już tylko ja. Za jakieś dwie godziny powitam Ascoli. Mżawka , brzydka pogoda. Szkoda, bo górami którymi jedziemy widać urokliwe miejsca jak Arcevia.

Nigdy tą trasą nie jechałam. Mgliście

Nie pooglądam teraz za wiele więc tradycyjnie macham do Was.

Wciąż jeszcze mam siły do takich całodobowych podróży. Trochę pospałam. Zjadłam włoskie śniadanie na trasie. Czyli espresso i cornetto. Tej kawy mi brakowało. Niby w domu mam włoską maszynkę, włoską kawę a jednak to nie to. Nie to, co ten naparstek dający kopa na życie. Myślę, że, to zależy od wody.

Mini postój, bo kierowcy zgłodniali. Pierwsze choinki.

I już na superstradzie do Ancony.

Do jutra.

W dzień podróżny

Mam trochę czasu do wyjazdu, to zrobię dzisiejszy blog, bo chciałam pokazać jak bardzo zmienia się Śląsk. Nie byłam co prawda na Jarmarku w Katowicach, bo obdarowana prezentami pod choinkę pojechałam z pożegnalnego spotkania do domu. Trudno chodzić z pełną siatką słodyczy. 😀 Poza tym obie strony dojazdu do centrum Katowic są w przebudowie tramwajowej i jeździ komunikacja zastępcza, a na tę nie miałam ochoty. Widziałam zdjęcia Jarmarku, wygląda to bardzo fajnie z modnym Diabelskim Młynem stojącym w centrum.

Dlatego mimo ponurego dnia, bo zdjęcia robiłam około czternastej oto album osiedla Tysiąclecia. Dolnego, żeby było jasno. Bo jest i Górne. Osiedle Tysiąclecia leży blisko mojego Chorzowa Batorego. Rzut beretem. Na Górne często chodziłam piechotą, a i na Dolne też można. Ja jednak pojechałam starą trasą czyli pięć przystanków tramwajowych, a stamtąd zrobiłam niewielki spacer. Tysiąclecie chyba największe stare osiedle PRL owskie w Katowicach. Ale jak pięknie utrzymane. Zielone ze wspaniałą infrastrukturą. Pełne oddechu i w pobliżu Parku Śląskiego na dodatek. Można tam być za kilka minut spaceru. Jest tam staw zwany | Maroko” i alejką nad tym właśnie stawem pospacerujemy.

Zapraszam na mój ostatni polski spacer.

A teraz już czas przygotować posiłek na drogę i spakować laptop.

Ale Rozmaitości będą. 😀

„Tygiel z Internetem”

https://luciadruga.blogspot.com/2022/12/tygiel-z-internetem-2-grudnia-2022-r.html

Poradnik PPD

W kuchni włoskiej

W Kabarecie Starszych Panów Barbara Krafftówna

Jutro pomacham tradycyjnie. Pewnie już z terenu Italii. Mam taka nadzieję.

Czas do cuga

” Der zug ” po niemiecku „pociąg”. tak mówimy na Śląsku, kiedy zbliża się czas odjazdu. Dodając czasem ” na banhofie pizło cejn” czyli na dworcu minęła dziesiąta. 😀

I dla mnie właśnie czas do cuga. Jutro wyjeżdżam. Dziś jeszcze cały polski dzień, który do południa miałam normalny. domowy. Rano zrobiłam potrzebne zakupy spożywcze i zeskanowałam rachunek dla wydawcy za otrzymane tantiemy od sprzedaży moich książek. Zawsze parę groszy. Wróciłam do domu i wreszcie powiesiłam nad kanapą w moim pokoju ” galerię rodzinną: czyli portret mojej babci i zdjęcia moich dzieci.

Brakuje zdjęcia mojego wnuka i to muszę pilnie uzupełnić. Ostatnio wyszłam na spotkaniu na wyrodną matkę, bo zdjęcia dzieci i wnuka mam w komputerze i na nośnikach a nie mam w telefonie. Wstyd i „gańba”

Z jednej strony żal mi wyjeżdżać z Polski, bo w Italii od wczoraj V. czeka na technika od pieca gazowego, bo nie grzeje dobrze. Podobno jutro ma być więc dreszcze mnie biorą jak pomyślę o temperaturze w mieszkaniu, z drugiej strony mam serdecznie dość mieszkania pod jednym dachem z eksem. Już nie mówię o tym, że w dużym pokoju mam szpitalna separatkę dość luksusowa, ale o jego zachowaniu. Uważa, że w naszych układach prawnych nic się nie zmieniło i ja podczas pobytu jestem do jego dyspozycji. Staram sie odciążyć moją córkę, która i tak rano przed wyjściem o siódmej do pracy nie chcąc mnie budzić przygotowuje mu lekarstwa i kromkę chleba. Kolację wzięłam na siebie. Ale albo z wózka czy łózka wydaje mi polecenia dotyczące domu i siebie. Przecież jestem w domu więc mogę robić herbatę, podawać koszulki, wieszać je i niby drobiazgi, ale wkurzająco. Wczoraj zażyczył sobie obcięcia paznokci. Mówię:

-Masz opiekunkę. Niech ci obetnie, za to jej płacisz.

-Ona nie widzi.

W ogóle w stosunku do pani przychodzącej na dwie godziny mam szereg uwag. Ale nie ja płacę, nie moja kasa, a kiedy eksowi uświadamiałam, że tak nie powinno być, to sie ciężko oburzył.

Przez cały mój pobyt pobyt opiekunka, której eks płaci za dwie godziny, co w październiku było kwotą ponad 1300 złotych , jej pobyt nie przekroczył godziny. Prześcieli łóżko, zmieni mu pampersa, zrobi zastrzyk w brzuch, poda jedzenie i wychodzi. Podobno coś tam posprząta. Ale w łazience z której eks korzysta tego nie zauważyłam. O rozmowie nie ma mowy, bo o czym… eks gapi sie w telewizor i poza tym nic go nie interesuje, a opiekunka jest prosta kobietą, mało komunikatywną. Myślę, że gdyby, to ode mnie zależało doszłybyśmy do kompromisu, bo przecież ja nie jestem włoską wiedźmą, ale nie mam zamiaru sie wtrącać. Natomiast wiem jak ta praca powinna wyglądać.

Wracam do Włoch i przyjadę kiedy już nastąpi jego przeprowadzka do DOS. Z moją córką raczej dyskusji eks nie podejmie. I chwała Bogu.

Co mogłam, to jeszcze pomogłam, jak upoważnienie na córkę w przychodni i kolejną partię leków. Eks nie zdaje sobie sprawy, że przy nim jest nie tylko potrzebna w tej chwili pomoc opiekunki, ale pozostałe czynności organizacyjne. recepty, wykupywanie lekarstw, przelewy, zakupy pampersów. To powinna wziąć na siebie rodzina, a ona ma go w głębokim poważaniu.

Tak, że z jednej strony żal mi mojej córki, a z drugiej strony nie chcę, żeby się przyzwyczaił do mojej obecności w domu. Choć tym razem w tym domu za wiele nie byłam.

A dziś popołudniu też mnie nie ma.

Czyli przysłowie mówiące, że ” nie ma róży bez kolców” jest w tej sytuacji jak najbardziej adekwatne.

I Rozmaitości:

Kącik LM

Poradnik PPD

W kuchni włoskiej:

Kabaret Starszych Panów i Mieczysław Czechowicz

Do jutra, ale być może tylko pomacham z drogi.

Dzień zewnętrzny

Tak dużo byłam poza domem, że trochę mi zejdzie na opowiedzeniu, gdzie byłam i jak ten dzień się toczył. Przyjechałam niedawno i ucięłam sobie pogawędkę życzeniową z bratem ciotczynym Andrzejem. Zawsze gadamy sporo więc i tym razem nie było inaczej.

Już opowiadam. Rankiem, no może nie świtem pojechałam na targ zwany ” na Barskiej”. Pogoda była z lekka mroźna, co uwieczniłam na fotkach

Te domy w głębi, to prawdziwe śląskie ” familoki”. Bo ja mieszkam w Chorzowie Batorym i te fotki, to prawie spod mojego domu. Kawałek ulicy jest zachowany jak przed laty.

Targ na Barskiej, to spore targowisko, które od lat wielu niezmiennie i chwała Bogu, tam jest w środy i soboty. Trochę się skurczyło, ale wciąż jest wszystko. Meble, dywany, ciuchy, buty i nawet ” pchli targ” na stoiskach. Dużo świątecznej chińszczyzny jak wszędzie. Spora część do jedzenia też ze wszystkim: pieczywem, wędliną, mięsem warzywami i owocami. To sobie trochę pochodziłam i znalazłam talerz z Włocławka, które wciąż mam na ścianie w kuchni i nie mam zamiaru ich się pozbywać. Niestety nie zwróciłam uwagi, ze nie ma dziurek na spodzie, do przeciągnięcia nitki, do zawieszenia na ścianie. Ale mam pomysł jak to rozwiązać. Przykleję mocnym klejem haczyk do góry nogami i tak zawiążę sznureczek do powieszenia.

Kupiłam też wreszcie prezent dla córki V. Barbary, bo 4 grudnia będę już w Ascoli i wypada mi jej, coś przywieść. Co prawda ona ze swoich wojaży do Portugalii i Florydy przywiozła upominki wyłącznie dla ojca, mnie pomijając, ale ja jestem wychowana po polsku. Kupiłam jej ciepłe wełniane skarpety, jakich w Italii nie widziałam. W domu na pewno w nich będzie chodzić. Od kafelek ciągnie.

Kupiłam jeszcze jakieś drobiazgi, zadzwoniłam do mojego przewoźnika i wiem, że w piątek wyjadę między jedenastą a dwunastą w południe. Kiedy pod domem kończyłam zakupy dopadł mnie telefon od syna:

-Mama, gdzie jesteś?

-Pod domem w „Netto” robię zakupy.

-To nie idź do domu, my ( z synową moim trzecim dzieckiem) zaraz będziemy i zabieramy cię na kawę.

I faktycznie zanim wyszłam ze sklepu, mój syn już czekał. Pojechaliśmy do naszej ” Silesii” centrum komercjalnego, które lubię. Może dlatego, że nasze katowickie. A przy okazji ładne naprawdę.

Wypiłam całkiem dobrą kawę po wiedeńsku czyli z bitą śmietaną, śmiejąc się, że taka kawa od zawsze nazywała się ” Murzynek” i do dziś ją piję w domu w Italii. Teraz to kawa po wiedeńsku. ” Murzynek” nie brzmi prawomyślnie 😀 Do tego zjadłam ogromne ciasto z malinami i bezą. Tak, że jeszcze nic nie jadłam. Na kolację zjem bigos podpierając się Silimarolem. 😀

A potem okazało się, że moje dzieci chciały nam z V zrobić prezenty pod choinkę. Dla V. do kolekcji ( bo nie pije w dalszym ciągu, tylko zbiera) mój syn wybrał flaszkę „Samogonu” w oryginalnej butelce i jeszcze dołożyliśmy ser ” oscypek” wędzony. Ja sobie zażyczyłam niewielką sztuczną choinkę, ten stroik w Italii już mnie mierzi. Mam teraz taką o normalnej choinkowej formie wysokości 70 centymetrów. Będzie łatwiejsza i ładniejsza do ubierania. Mam tez prawdziwy syrop malinowy z miodem z ” Bacówki”, której stoisko jest w „Silesii”.

Wychodząc z ” Silesii” zrobiłam zdjęcie świątecznej głównej dekoracji przy mostku nad jeziorkiem z fontanną. Ciekawy projekt i bardzo mi się podobał. Skrzydła anielskie.

A w ” Benettonie” identyczna dekoracja jak w Ascoli 😀

Przyjechałam po piętnastej do domu i miałam w planie pojechać na Jarmark świąteczny w centrum Katowic. Ale chyba dzisiaj sobie daruję. Jutro spotykam się na pożegnalnym spotkaniu z ulubioną J. i innymi paniami, to może po spotkaniu, bo spotkanie jest popołudniowe z racji koncertu, na który J. się wybiera skoczę do Katowic.

Rano spakuję walizkę i kupie mielone mięso na sznycle ( po krakowsku, inaczej karminadle po śląsku, lub normalnie kotlety mielone) Usmażę sobie na drogę do bułek. Myślałam o kotletach, ale mam taką zachciankę. Wędliny w podroży mam dosyć.

Jutro rano mam wobec tego wyjście do sklepu i pakowanie walizki. Sznycle zostawię na piątek rano.

I tak o dzisiejszym dniu opowiedziałam. O jutrzejszym też może zdążę napisać.

Czas na Rozmaitości:

Jest „Tydzień z Internetem”

https://luciadruga.blogspot.com/2022/11/tygiel-z-internetem-30-listopada-2022-r.html

W Kąciku LM

W Poradniku PPD pakowanie prezentów.

W kuchni włoskiej

I Kabaret Starszych Panów z Mieczysławem Czechowskim.

I teraz proszę o pochwałę, bo idę grzać ten bigos, bo się napracowałam dzisiaj i fizycznie ( ręce na klawiaturze laptopa) i umysłowo.
Do jutra.

Pierwszy mroźny dzień, a właściwie spacer

Bo do tej chwili było raczej wilgotno i mżawkowo. Dziś od rano oszronione trawniki i słonecznie. Rano nic nie robiłam poza czytaniem i takim klasycznym nic nierobieniem. Bo w południe wybierałam się do Gliwic na umówione spotkanie w sprawie, którą chcę ogarniać kiedy będę dłużej w domu. Na, co liczę. Podrzuciłam jeszcze do przychodni eksa upoważnienie do recept na Agę, bo było tylko na mnie. Może jeszcze będzie potrzebne. I poszłam na dworzec kolejowy w moim Chorzowie Batorym. I strzeliłam fotkę z peronu dworcowego.

Wczoraj ze smutkiem patrzyłam na nieczynne sklepy na rogu po prawej stronie. Nic nie ma. Nawet tych, które przybyły nie tak dawno. Brudne witryny i zamknięte na głucho lokale. A ja pamiętam przez tyle lat te same sklepy, aptekę i sklep pani Burczykowej gdzie było wszystko potrzebne w domu. W lokalu na przeciwko po wieloletniej nawet przedwojennej restauracji jest żłobek i przedszkole.

Ale za to do Gliwic jedzie się pociągiem zaledwie 20 minut. Za moich czasów trzeba było poświęcić około czterdziestu a czasem i dłużej. Stosowne informacje uzyskałam i czekałam na moją córkę o czwartej popołudniu już na dworcu. Wracałyśmy razem do domu. I rzeczywiście było zimno, a ja bez czapki. Jutro już taka głupia nie będę. A ponieważ rankiem wedle dziesiątej wybieram się na wielki chorzowski targ na Barskiej, to sobie już czapkę z pewnością włożę.

Lubię Gliwice od zawsze i dlatego kilka fotek.

Czas powrotu do Ascoli nieubłaganie nadchodzi. Do piątku niedaleko. Mam nadzieję, że w miarę szybko przyjedziemy razem z V. już do mojego domu.

Jeszcze kilka małych spraw i w czwartek idę na pożegnalne spotkanie. Tym razem popołudniowe.

I tyle dzisiejszych polskich zapisków.

Teraz blogowe Rozmaitości:

Kącik LM

Poradnik PPD

W kuchni włoskiej

W Kabarecie Starszych panów Mieczysław Czechowicz

Do jutra.

Łyżka dziegciu

Nie może być tak wszystko idealnie. Wczoraj źle się popołudniu poczułam. Ni z gruszki ni z pietruszki miałam jak na mnie podciśnieniowa wysokie ciśnienie. 153/90. Było mi słabo i niedobrze. Jak leżałam czy siedziałam było dobrze. Jak tylko chodziłam wracała słabość. Pojechałam do dzieci, ale nic poza melisą nie piłam i jak wróciłam zaraz się położyłam. V. kiedy mu o tym wieczorem powiedziałam z lekka wystraszony i wysyła mnie do lekarza. A ponieważ dzisiaj ciśnienie dużo mniejsze, bo wróciłam na poziom 139/77 myślę, że miało to związek pogodowy. Rano nie wypiłam kawy więc spalam, gdzie popadnie. Potem jednak zrobiłam sobie tę kawę w ilości połowicznej i wróciłam do formy. Na tyle, żeby ogarniać jeszcze jedną ważną sprawę dla mnie osobiście. I dlatego zaraz wyjdę po jeden z dokumentów, który zapomniałam a właściwie pomyliłam z innym wziąć z Włoch.

Potrzebny mi jest na umówione jutro spotkanie w Gliwicach. O trzynastej mam autobus, to spokojnie podjadę. A potem jeszcze do Was wrócę. I wróciłam. 😀 Dokument załatwiłam od ręki. Pogoda wraca słoneczna, co raczej mnie cieszy, bo ta bura szarość jest deprymująca. Nawet na tyle poczułam się po powrocie lepiej, że zgłodniałam i zrobiłam sobie coś do jedzenia. Napiszę blog i potem skontroluję to ciśnienie, żeby schować aparat do jego mierzenia. Dziś dzień odpoczynku. Nigdzie już nie wychodzę. Nic ważnego na popołudnie nie zostawiłam. I poczytać sobie mogę. Co niniejszym zaraz uczynię.

A teraz Rozmaitości:

Kącik LM

Poradnik PPD

W kuchni jabłka w cieście po włosku.

I Kabaret Starszych Panów i Jarema Stępowski

Do jutra.