Nic nie lepiej. Noc beznadziejna. Dzisiaj chyba walnę sobie zastrzyk z voltarenu. Kupić nie kupić, potargować można.
Przemieszczam się ostrożnie po mieszkaniu. Z łózka w sypialni do pokoju ksiedza teraz, żeby działkę internetową odrobić.
W międzyczasie czytam oczywiście. „Kwartet szetlandzki” skończyłam i rzuciłam się na pierwszy tom Trylogii lwowskiej Joanny Wtulich.
I tu mam dylemat. Spodziewałam się czegoś w stylu ” Na Podlasiu”, które to bardzo mi się podobało. Tymczasem ta książka, to jakby żywcem przeniesiona z epoki w której się dzieje akcja. Chodzi mi o styl w jakim została napisana. O ile nie przeszkadza mi to w starych książkach z tamtego okresu tak tu… nie wiem. Przyzwyczajeni jesteśmy do innego języka. Poza tym wygląda na konwencję romansu w stylu mało teraz znanym.
Zastanawiam sie, czy to bylo zamierzone ze strony autorki, czy tak sobie wyobraża tamte czasy. No zdecydowanie mam mieszane uczucia.
Przeczytam więcej, to może mi się w głowie rozjaśni. Na razie wygląda to na sensacyjną ramotkę z dawnych lat.
Tak jakbym sobie przyniosła książkę z tej mojej prywatnej biblioteki z Krakowa przy ul. Jana. Co najmniej 60 lat temu. Dlatego i dziś wrzucę kolejny kawałek o Krakowie z moich lat.
„Kalif Bocian i inni
Poooszło… Czyli krakowskie wspomnienia. O Krakowie, który został tylko we wspomnieniach.
Najpierw będzie o Teatrze Starym, który uwielbiałam, ale mam przewagę ( stety i niestety) nad młodszym pokoleniem, bo widziałam arcydzieła tworzone, przez Swinarskiego, Wajdę… Widziałam też „Wojnę i Pokój“ Wajdy, która kojarzy mi się ze śmiesznym epizodem. Siedziałam sobie na schodkach bocznych, ( bo miejsc dla smarkaczy nie było, ale ja miałam swoje wejścia) i widzialam scenę pod kątem, którego nie widziała normalna widownia. Scena wzruszająca, Bołkoński umiera, Natasza przy łóżku. Sceny przy tak modnym wtedy ” bezkurtyniu „. Światła przygasły, żeby nastąpiła zmiana zminimalizowanej dekoracji ( tylko łóżko i parawan szpitalny). Bołkoński umarł, a ja widzę, jak aktor, który go grał szybciutko wstaje z łóżka ( już po śmierci ) i chyłkiem w za przeproszeniem “ gaciach ” wyrywa za kulisy. Nigdy tego nie zapomnę, choć spektakl był taki sobie.
Widziałam Woyzeck-a z rewelacyjną rolą Franciszka Pieczki, który wtedy grał w Starym i wiele innych przedstawień. A miłość do teatru zaszczepiła mi babcia, która jak już opowiadałam, przed wojna, jako mężatka, nudząc się w domu, organizowała z młodzieżą wiejska przedstawienia, Co ja się nasłuchałam o tych spektaklach i o wspaniałej, zdolnej młodzieży. Babcia do końca życia umiała wydeklamować, (bo tak się wtedy mówiło) całe sztuki teatralne.
Kiedy miałam może z 7 lat zabrano mnie na ” Krowoderskie zuchy ” z Antonim Fertnerem. I pamiętam tę jego role. Siedział sobie i ucierał mak, ( bo sztuka dzieje się przed Świętami Bożonarodzeniowymi). Siedział i mruczał:
-” Uciraj i uciraj „.
A miłość do aktorów, to osobna historia. Wszystkiemu winien Kalif Bocian, w teatrze Młodego Widza na rogu Karmelickiej. Miałam 12-cie lat i zakochałam się śmiertelnie po raz pierwszy. Ach, jaki ten kalif był cudny.
Do teatru Słowackiego też biegałam, choć, już z mniejszym entuzjazmem, bo uwielbiałam wtedy Teatr Rapsodyczny. Wszystko pamiętam a najbardziej „Legendę” Wyspiańskiego. A w Słowackim pamiętam Lidię Zamkow, jak w jej reżyserii, sama zagrała panią Dulska w ”Moralności pani Dulskiej”. Spektakle Lidii Zamkow i Szajny pamiętam też z Teatru Ludowego, który miał za ich obecności okres prosperity. I na bajki chodziłam, już jako dorosła dziewczyna poleciałam do Ludowego, bo wystawiono bajkę mojego dzieciństwa ” Dzieci pana Majstra ” i pięknie wystawiono. Do dziś pamiętam fragmenty i początek tej bajki:
” Majster Tydzień chwat nad chwaty,
Będzie temu, lat, już wiele
Ujrzał piękną niby kwiaty
Młoda pannę imć Niedzielę”.
I raz w życiu wyszłam z teatru przed końcem przedstawienia. Właśnie ze Słowackiego. A nie zmogłam ” Nocy Listopadowej „. Nudna była strasznie… Te alegorie, po 2- gim akcie zwiałam. To było przedstawienie szkolne. W domu nauczono mnie lubić też operę a to za sprawą ” Strasznego dworu „. Mama mnie zabrała na to przedstawienie i wpadłam z kretesem. Nuciłyśmy wszystkie arie i pamiętam do dziś przepiękną scenografię ( nie wiem czyja była, ale była i stylowa i piękna). Opera siedziała na ” garnuszku ” w Teatrze Słowackiego i dopiero niedawno dorobiła się własnego gmachu. Długo to trwało. „Halki”, jakoś nie polubiłam poza ognistym mazurem prawie tak pięknym, jak w „Strasznym Dworze”. Pojąc nie mogłam, co ona zobaczyła w tym Januszu, jak u boku miała przystojnego górala, który śpiewał:
” Oj Halino, oj dziewczyno, dziewczynooo moooja „ , a Halka tylko … panicz i panicz.
O i pamiętam Damę Pikową, jak straszyła ” trzy karty, trzy karty ” i pamiętam korpulentną Carmen, która, jak wskoczyła na stół, to stół jęknął. Nic jednak nie przebije mojej miłości do ” podkasanej muzy, “ czyli operetki. Znam setki arii, uwielbiam muzykę operetkową i klasyczne operetki Kalmana i Lehara. Kiedy byłam podlotkiem Polskie Radio nadawało czasem ” na żywo ” przedstawienia operetkowe. W radio po raz pierwszy usłyszałam ” Hrabinę Marice” z Iwoną Borowicką i amantem operetki Kazimierzem Rogowskim. Tu wypływa wspomnienie, jak moja mama chodziła do restauracji na kolację, a były te restauracje z tzw. ” dancingami „. Grała orkiestra do tańca a mama lubiła tańczyć ( jak ja ). Niestety partner mojej mamy nie tańczył, bo miał po Powstaniu Warszawskim niesprawną nogę i lekko utykał. Ale nie miał nic przeciwko temu, kiedy do stolika podchodził pan i skłaniając głowę wygłaszał formułkę:
– Czy mogę panią poprosić ( do tańca) o ile pan nie ma nic przeciwko temu?
Pan z reguły nie miał o ile pani wyraziła chęć zatańczenia. I kiedyś właśnie w restauracji, której nazwy nie mogę sobie przypomnieć, na ulicy Warszawskiej, naturalnie w Krakowie, podszedł sympatyczny pan i wygłosił ową formułkę. Towarzysz mojej mamy uśmiechnął się przyzwalająco, mama miała ochotę zatańczyć, bo orkiestra grała wiązankę melodii operetkowych z walcami i pofrunęła na parkiet. Tańczą, aż tu orkiestra gra pięknego walca z ” Barona Cygańskiego „. I nagle partner mojej mamy na całą salę pięknym głosem zaczyna śpiewać:
” Wielka sława to żart,
Książę błazna, jest wart.
Złoto toczy się w krąg … z rak do rąk, z rąk do rąk”
Inne pary przestały tańczyć, tylko mama ze śpiewającym partnerem wirowali po parkiecie. Kiedy skończył śpiewać posypały się rzęsiste brawa. Pan odprowadził mamę do stolika, szelmowsko się uśmiechnął i zniknął, a moja mama zapytała swojego towarzysza:
-Rany Boskie J, kto to był?
– Jak to kto?… Odpowiedział J. -Nie wiesz, to KR, słynny amant z operetki krakowskiej. I właśnie ten piękny glos kończył radiową transmisję, mówiąc:
-” Niech i radiosłuchacze, nacieszą się naszym operetkowym szczęściem”.
Słyszę tę frazę do dziś.”
Zastanawiam się też, co kieruje osobami czytającymi bloga ktorych jedynym celem komentarza jest tak zwane brzydko ” dowalenie” autorowi.
Sama, jeżeli coś mi się nie podoba w blogu, nie czytam go, odpuszczam i nie komentuję. Bo blog, to trochę jak własny dom. Chętnie zapraszamy gości, jednak nie wszystkich chcemy gościć na dłużej. Oczywiście można zastosować blokady, ale to jest po prostu skrajność.
Ja mam wpojony taki kodeks grzecznościowy blogowy. Kiedy czytam i wchodzę do kogoś, to staram się zostawić ślad: komentarz, polubienie. Tak, żeby autorowi było miło, że lubię tam bywać. Nawet, jak czasami nie zgadzam się z tym, co napisał. To wtedy tylko pomacham. Jego blog, jego myśli i mnie nic do tego.
A przez 12 prawie lat blogowania mam sporą grupę nie waham się nazwać przyjaciół i pewnie jeszcze przybędzie ich.
No i to właściwie wszystko na dzisiaj, bo jak wiadomo kuśtykam po domu, a na dworze piękne słońce.
Może jutro będzie lepiej. Podobno wszyscy dookoła skarżą się na ból kolan, bo wilgoć. Okazuje się, że taka informacja ma dar pocieszenia. W kupie lepiej i łatwiej.
DODATEK INTERNETOWY
Na rozgrzewkę 😀
Fotografie.
Palcem po zdjęciach.

Lizbbona 
Sztokholm 
Moskwa 
Amsterdem 
Amserdem 
Baobaby na Madagaskarze
Z kwiatkiem
Obrazki mola książkowego
Inne:
GALERIA KRAKOWSKA
Zima uznana za zimę stulecia.
GALERIA MEMÓW I AKTUALNOŚCI
















Kuchnia włoska 







Cytatem dzisiejszym
żegnam się. Do jutra.










